Aleksander rzucił jej przelotne spojrzenie i wrócił do dokumentów. Ta młoda kobieta w bordowym uniformie, może dwadzieścia kilka lat, miała w sobie coś, co nie dawało mu spokoju. Należała do drugiej grupy, tej, którą obserwował od tygodni, i wyglądała dokładnie jak Zofia sprzed dwudziestu lat. Następnego dnia wrócił do biura, ale myśl o niej nie chciała odejść.

Natalia Górska, dwadzieścia lat. Dokładnie tyle miałaby teraz jego córka, gdyby nie zniknęła tamtej nocy po północy. System przetworzył jej sprawę zbyt szybko, podejrzanie szybko, a konto należało do fundacji charytatywnej w Gdańsku. Pojechał do kawiarni, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Natalia odwróciła się i wbiegła z powrotem do środka.
Nie uciekła jednak przed nim na długo. Kiedy w końcu usiedli w parku Łazienkowskim, w miejscu, gdzie Zofia zniknęła, łzy napłynęły jej do oczu. Ona nie była przypadkową kelnerką. Ona była jego córką.
Zabrał ją do Gdańska, a potem do domu kobiety, która odważyła się powiedzieć prawdę. „Wzięłam cię i uciekłam do Sopotu. Ale to, co pan zrobił dla Natalii, to wielkie. ” Każde słowo rozdzierało go na nowo, ale musiał wiedzieć wszystko.
Musiał odnaleźć matkę, Annę, i zmierzyć się z człowiekiem, który przez lata trzymał ich wszystkich w ciemności. Pojechali do Gdyni, do małego bloku na obrzeżach, gdzie drzwi otworzyła im wychudzona kobieta o tych samych intensywnych oczach. „Nazywała się tak przez dwadzieścia lat. Ma teraz dwadzieścia lat.
” Anna wyjęła starą kopertę i zaczęła opowiadać o tamtej podróży do Sopotu, do ośrodka pomocy społecznej, o ucieczce i o tym, że nigdy nie wspomniała, dokąd jechała. Ale to nie był koniec. W Krakowie czekał na nich mężczyzna, który przez cały czas wiedział więcej, niż chciał przyznać. „Przez lata próbowaliście mnie przypiąć do różnych rzeczy” – rzucił na pożegnanie i zamknął drzwi.
Był ktoś jeszcze, kto trzymał klucz do całej układanki, ktoś w tym samym domu, kto wiedział, gdzie jest sejf i co się w nim kryje. Oliwia poprowadziła ich na górę do sypialni ojca i zamknęła sejf, zanim zdążyli cokolwiek zobaczyć. „Musicie skończyć do tego czasu” – powiedziała cicho, a w jej głosie było coś, co mroziło krew w żyłach. Aleksander spojrzał na Natalię, na Zofię, która właśnie odkrywała, kim naprawdę jest.
Łzy napłynęły jej do oczu, gdy usłyszała swoje prawdziwe imię. Jedziemy do Krakowa. Ale zanim zdążyli cokolwiek zrobić, usłyszeli kroki na schodach.