„Biuro i fałszywy dowód” – te dwa słowa napisałam palcem na dłoni mamy, gdy znieczulenie już działało, a mój mąż i teściowa szeptali przy łóżku, że jak tylko wjadę na salę operacyjną, oni jadą…

Kiedy znieczulenie zaczęło ustępować, obraz przed moimi oczami najpierw się zamazał, a potem powoli odzyskał ostrość. Wciągałam powietrze przez maskę tlenową, a moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem mamy i starszej siostry, które siedziały przy łóżku. Mama wypuściła wstrzymywany oddech i delikatnie się uśmiechnęła. Operacja przebiegła bez zarzutu.

Thumbnail

Ten ostatni znak, który zapisałam na jej dłoni przed wejściem na salę, został odczytany. Właśnie wracali z siostrą po tym, jak perfekcyjnie załatwiły sprawę. Poczułam ulgę i spokojnie zamknęłam oczy. Usunięcie złośliwej choroby z mojego ciała zajęło cztery godziny.

Ale żeby całkowicie pozbyć się toksycznych ludzi, którzy przyczepili się do mojego życia, poświęciłam cały miesiąc na ostrzenie noża. Wszystko zaczęło się dokładnie miesiąc wcześniej, w zwykłe środowe popołudnie. Wzięłam pół dnia wolnego, żeby odebrać wyniki badań kontrolnych ze szpitala. Wyraz twarzy lekarza nie był optymistyczny.

Rak we wczesnym stadium. Na szczęście dzięki wczesnemu wykryciu operacja miała wystarczyć, żeby nie było zagrożenia dla życia. Ale w chwili, gdy to usłyszałam, poczułam pustkę w głowie. Wychodząc ze szpitala, nogi uginały się pode mną.

Chciałam zadzwonić do męża, ale postanowiłam wrócić sama i powiedzieć mu wieczorem, twarzą w twarz. Kiedy otworzyłam drzwi wejściowe, w domu panowała dziwna cisza. W salonie nikogo nie było, a drzwi do sypialni były lekko uchylone. Przez szparę usłyszałam głosy męża i teściowej.

Mąż mówił coś o tym, że Justyna zapytała, co zrobią, jeśli w biurze nieruchomości będą chcieli dokładnie zweryfikować tożsamość właściciela. Odpowiedział, że wystarczy zrobić fałszywy dowód z jej zdjęciem na moich danych. Justyna założy maseczkę i okulary i nikt się nie zorientuje. Teściowa zachwyciła się jego sprytem.

Mąż dodał, że jak tylko wejdę na salę operacyjną, oni we trójkę pojadą sfinalizować umowę i od razu znikną. W jednej chwili poczułam, jak serce spada mi do samych stóp. Skąd wiedzieli o mojej operacji? Pewnie szpital wysłał SMS na numer kontaktowy osoby upoważnionej, czyli mojego męża.

Stałam jak wryta. Z telefonu w trybie głośnomówiącym dobiegł mnie nieznajomy kobiecy głos. Justyna, koleżanka z pracy męża, mówiła, że kupiła już sukienki na Wyspy Kanaryjskie i że jak tylko dostaną pieniądze, mąż ma przyjechać prosto do niej. On odpowiedział, że jak zobaczy, że wjeżdżam na salę operacyjną, od razu podpisze dokumenty i rusza.

Walizki czekają w garażu. Teściowa westchnęła z ulgą, że wreszcie skończy się z tą humorzastą synową, a jak sprzedadzą mieszkanie, będą żyć jak królowie. Spodziewałam się łez, ale ani jedna nie popłynęła. W mojej głowie zapanował lodowaty chłód i pojawiła się tylko jedna myśl: sprawię, że ich życie stanie się pasmem nieszczęść.

Bezszelestnie wyjęłam telefon i włączyłam nagrywanie. Potem jak gdyby nigdy nic wyszłam na zewnątrz i wróciłam wieczorem. Tego wieczoru usiadłam przy stole, jakby nic się nie stało. Mąż zapytał o wyniki.

Powiedziałam, że to wczesne stadium i muszę mieć operację. Udawał troskę, zapewniał, że będzie przy mnie i o wszystkim zadba. Patrząc na jego obłudną twarz, miałam ochotę zwymiotować, ale powstrzymałam się. Oświadczyłam, że przez jakiś czas będzie musiał zająć się wszystkimi domowymi obowiązkami, bo lekarz zalecił mi unikanie stresu.

Zgodził się bez wahania. Od następnego dnia sceneria w domu całkowicie się zmieniła. Zamiast zachowywać się jak pacjentka w terminalnym stadium choroby, zaczęłam rządzić jak prawdziwa władczyni. Rano siadałam na kanapie i wydawałam polecenia.

Mąż miał wyczyścić toaletę i umyć podłogę, dokładnie w każdym zakamarku, bo moja odporność nie mogła spaść. Posłusznie zakładał gumowe rękawice i zabierał się do pracy. W duchu pewnie odliczał dni do mojej operacji, powtarzając sobie, że musi wytrzymać. Wtedy z sypialni wyszła teściowa i zaczęła narzekać, że męczę syna od samego rana.

Odpowiedziałam, że jestem chora i lekarz zalecił absolutny odpoczynek. Kiedy zaproponowała, że przygotuje śniadanie, odmówiłam, mówiąc, że nie mam apetytu i że zamówię sobie catering dietetyczny. Dodałam, że jeśli będę się stresować, to nie wiadomo, co się może stać, i że myślę o zmianie beneficjenta ubezpieczenia na życie na kogoś z mojej rodziny. Teściowa zaniemówiła, jakby połknęła język.

Słowo ubezpieczenie musiało ją zaboleć. Kilka dni później wpadła szwagierka. Zawsze przychodziła z pustymi rękami i kręciła się koło mojej toaletki i szafy, co mnie irytowało. Udawała troskę, mówiła, że Radek bardzo się martwi moją operacją.

Mąż potwierdził, że musi o wszystko zadbać. Szwagierka zaczęła rozważać, czy nie wysłać moim rodzicom bonbonierki, a teściowa dodała, że na pewno by się przejęli, gdyby moja mama zachorowała. W duchu wybuchnęłam śmiechem. Na zewnątrz udawali troskę, a w głębi duszy knuli.

Ten teatrzyk był po prostu śmieszny. Oświadczyłam, że w tym miesiącu nie będzie dla teściowej kieszonkowego. Jestem chora, koszty leczenia są wysokie, a po operacji czeka mnie rehabilitacja. Teściowa ma przecież swoje oszczędności.

Zaprotestowała, że to pieniądze na czarną godzinę. Poradziłam jej, żeby poprosiła Radka. Mąż zaczął się wykręcać, że nie ma żadnych oszczędności. Zapytałam, gdzie są pieniądze, które zostały po opłaceniu ubezpieczenia samochodu.

Powiedziałam, że jestem zmęczona i idę się położyć, a szwagierka niech sama zamówi sobie coś do jedzenia. Trzasnęłam drzwiami tak głośno, że aż huknęło. Z zewnątrz dobiegały mnie wściekłe pomruki teściowej i uspokajający głos męża, ale nie przejmowałam się tym. Tego popołudnia zadzwoniła moja starsza siostra.

Zauważyła, że mój głos brzmi dziwnie energicznie jak na kogoś, kto ma mieć operację. Umówiłam się z nią i mamą na wieczór w kawiarni koło mojego domu. Kiedy usiadłyśmy w kącie, wyjęłam z torby kopertę z dokumentami i pendrive. Wyjaśniłam, że mąż zamierza sprzedać mieszkanie w dniu mojej operacji i uciec.

Mama nie mogła uwierzyć. Powiedziałam, że sfałszują dokumenty, zrobią fałszywy dowód na moje dane ze zdjęciem kochanki i podpiszą umowę, gdy będę na stole operacyjnym. Mama chciała od razu iść i zrobić awanturę, ale powstrzymałam ją. Jeśli teraz zaczniemy, tylko damy im czas na zatarcie śladów i ucieczkę.

Na pendriveie były nagrania z kamery samochodowej, którą potajemnie wyjęłam z auta męża, oraz nagrania rozmów z kochanką. Wszystko przygotowałam. Zastrzegłam dowód i zablokowałam możliwość wydawania jakichkolwiek pełnomocnictw moim imieniem. W kopercie zapisałam instrukcję działania krok po kroku, z adresami i numerami telefonów.

Mama i siostra obiecały zrobić wszystko, co im każę. Miałam się skupić na operacji, a one miały tym draniom tak dołożyć, żeby się nie pozbierali. Wracając do domu, czułam się o wiele lżej. Był wieczór tydzień przed operacją.

Mąż wrócił podśpiewując. Zapytałam, czy coś dobrego go spotkało. Odpowiedział, że pogoda jest ładna i cieszy się na myśl, że operacja się uda. Poprosiłam, żeby zrobił porządek w mojej szafie, bo kiedy będę w szpitalu, ciężko będzie mu znaleźć moje rzeczy.

Posłusznie się zgodził. Kiedy poszedł pod prysznic, otworzyłam jego telefon. Znałam hasło od dawna. Przejrzałam galerię i wiadomości.

Wpadły mi w oko wiadomości z agentem nieruchomości z datą finalizacji transakcji dokładnie w dniu mojej operacji oraz wiadomości z Justyną. Pisała, że się denerwuje, bo boi się, że w biurze zorientują się, że dowód jest fałszywy. Mąż odpisał, żeby się nie martwiła, że jego mama będzie zagadywać, a on będzie udawał idealnego męża. Jak tylko pieniądze wpłyną, ma wziąć taksówkę i jechać na lotnisko.

Prychnęłam. Żałosne knowania tych nieudolnych oszustów były wręcz wzruszające. W noc przed operacją pakowałam walizkę. Teściowa wsadziła głowę do sypialni i zapytała, czy już się spakowałam.

Odpowiedziałam, że jutrzejsza operacja będzie długa i nie musi przyjeżdżać do szpitala. Zaprotestowała, że musi tam być z synem i się modlić. Jak wygodnie. W końcu nadszedł dzień operacji.

Przebrałam się w szpitalną piżamę i położyłam na łóżku. Przez kroplówkę zaczęły napływać środki uspokajające. Głowa stała się ciężka, a powieki ciążyły jak z ołowiu. Pielęgniarka wyszła, a zasłona była zaciągnięta.

Mąż i teściowa myśleli, że już całkowicie zasnęłam. Z końca łóżka dobiegały mnie ich szepty. Mąż mówił, że Justyna z fałszywym dowodem już czeka w biurze nieruchomości i że jak tylko dostaną pieniądze, od razu jadą na lotnisko. Teściowa odpowiadała, że jak tylko zobaczą, że podają mi narkozę, biorą taksówkę.

W półśnie, pod wpływem leków, ich głosy dźwięczały mi w uszach niezwykle wyraźnie. Poczułam, jak cicho wymykają się z pokoju. W tej samej chwili drzwi sali otworzyły się i weszły mama i siostra. Mama pogłaskała mnie po głowie i powiedziała, żebym spała spokojnie.

Zebrałam wszystkie pozostałe siły. Otworzyłam dłoń mamy i powoli, ale z naciskiem napisałam palcem dwa słowa: biuro i fałszywy dowód. Mama mocno ścisnęła moją dłoń i powiedziała, że wszystko rozumie. Obiecała, że one wszystko rozniosą na strzępy i wrócą.

Podczas gdy ja byłam przewożona na zimne łóżko operacyjne i zapadałam w sen pod wpływem narkozy, na zewnątrz działy się rzeczy o wiele bardziej spektakularne, niż przewidywał mój scenariusz. Mąż i teściowa pędzili taksówką do biura nieruchomości, nie zdając sobie sprawy, że to nie brama prowadząca na Wyspy Kanaryjskie, ale ekspresowy pociąg do piekła. Drzwi sali operacyjnej zamknęły się i zapaliło się czerwone światło. Wraz z rozpoczęciem mojej operacji rozpoczął się ich upadek.

Pierwsza do akcji wkroczyła moja siostra. Dokładnie w momencie, gdy wjechałam na salę operacyjną, weszła do naszego mieszkania, używając kodu do zamka. W domu panowała grobowa cisza. Ukryła się w szafie w sypialni i cicho czekała.

Nie minęło nawet pół godziny, a usłyszała dźwięk wciskanego kodu. Do środka weszła moja szwagierka. Moje przewidywania sprawdziły się co do joty. Podczas gdy jej brat sprzedawał mieszkanie, ona włamała się do pustego domu, żeby ukraść moje rzeczy.

Rozłożyła w salonie wielką walizkę i podśpiewując weszła do sypialni. Otworzyła szufladę toaletki, zabrała zegarek i biżuterię, a potem otworzyła szafę i zaczęła wyjmować markowe torebki. Siostra obserwowała ją przez szparę w drzwiach szafy, a w odpowiednim momencie otworzyła je na oścież i wyszła. Szwagierka zamarła, potem zaczęła się tłumaczyć, że to torebka, którą kiedyś jej obiecałam.

Siostra oskarżyła ją o kradzież i włamanie. Szwagierka próbowała się wykręcać, że to sprawa rodzinna. Siostra chwyciła ją za nadgarstek, odebrała telefon, rzuciła na kanapę i związała kablem od odkurzacza. Zadzwoniła na policję i zgłosiła, że złapała włamywacza.

Szwagierka płakała i błagała o litość, ale siostra nie mrugnęła okiem. Po przyjeździe policji i zabraniu szwagierki na posterunek, siostra natychmiast pojechała do biura nieruchomości. Tam panowała pozornie spokojna atmosfera, ale w powietrzu unosiło się napięcie. Przy stole siedziała para kupujących, a naprzeciwko nich mój mąż, teściowa i kochanka Justyna udająca mnie.

Miała na sobie duże okulary przeciwsłoneczne i maseczkę zakrywającą twarz. Ze strachu przed zdemaskowaniem nie podnosiła głowy. Kupujący zauważył, że mimo operacji przyszła osobiście. Mąż tłumaczył, że to prosty zabieg, a teściowa dodała, że synowa złapała ostrą grypę i ledwo żyje, więc nawet maseczki nie może zdjąć.

Agent nieruchomości wziął kopertę z dokumentami. Mąż, pocąc się obficie, wymuszał uśmiech i mówił o szybkim sfinalizowaniu transakcji, bo przygotowują się do emigracji na Wyspy Kanaryjskie. Agent nieruchomości dokładnie sprawdził kserokopię dowodu. Dowód był bardzo precyzyjnie podrobiony.

Było na nim moje imię i nazwisko oraz numer PESEL, ale zdjęcie należało do kogoś innego. Agent poprosił Justynę, żeby na chwilę zdjęła maseczkę. Cała trójka zamarła. Mąż pośpiesznie wtrącił, że żona ma ciężką grypę i może kogoś zarazić.

Teściowa poparła go, mówiąc, że człowiek jest chory, twarz mu zmizerniała i że agent się czepia. Agent miał niepewną minę, ale kupujący kiwnął głową, że nie ma problemu, więc nie drążył tematu. Potwierdzili treść umowy. Z ceny sprzedaży półtora miliona złotych zadatek w wysokości stu pięćdziesięciu tysięcy został już zapłacony.

Po wpłacie pozostałych milion trzysta pięćdziesiąt tysięcy nastąpi przekazanie dokumentów. Mąż podał karteczkę z numerem konta, które nie było na moje nazwisko. Agent zapytał, czy może na nie przelać. Mąż tłumaczył, że żona jest chora i nie może zajmować się sprawami bankowymi, więc ustalili, że pieniądze wpłyną na jego konto.

Kupujący otworzył aplikację bankową. Mąż wyjął podrobiony dokument z moim podpisem i przyłożył pieczątkę. Ręka mu lekko drżała. Pieczątka niemal dotknęła papieru.

Wtedy drzwi biura otworzyły się z hukiem. Natychmiast przestań. Ręce precz od tego, oszuście. To była moja mama.

Za nią stała siostra z groźnym spojrzeniem prosto z posterunku policji. Mąż z przerażenia upuścił pieczątkę. Potoczyła się po stole i spadła na podłogę. Teściowa, blada jak ściana, zerwała się z miejsca.

Mama podeszła energicznie do stołu i zrzuciła na podłogę wszystkie sfałszowane dokumenty. Krzyknęła, że jej córka leży na stole operacyjnym, a oni potajemnie sprzedają mieszkanie i chcą emigrować, i nazwała męża podłym draniem. Mąż próbował się tłumaczyć, że to nieporozumienie i że żona o wszystkim wiedziała i się zgodziła. Siostra chwyciła sfałszowany dowód, potrząsnęła nim i oznajmiła kupującym, że kobieta siedząca przy stole to nie jej siostra, tylko oszustka.

Poprosiła o natychmiastowe przerwanie transakcji. Kupujący, zszokowani, wyłączyli aplikację bankową i schowali telefony. Agent wpatrywał się z otwartymi ustami w Justynę. Ta, drżąc jak osika, wstała i zaczęła cofać się w stronę drzwi.

Siostra stanęła jej na drodze i zerwała jej maseczkę i okulary. Blada twarz Justyny została w pełni odsłonięta. Kupujący krzyknął, że to naprawdę nie jest właścicielka, że to oszuści, którzy chcieli go oszukać na półtora miliona, i kazał żonie dzwonić na policję. Mąż, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, upadł na kolana przed kupującym.

Błagał o litość, mówił, że potrzebował pilnie pieniędzy, że stracił rozum, i obiecywał zwrócić zadatek. Teściowa też zaczęła błagać, mówiąc, że jesteśmy rodziną. Na słowo rodzina oczy mojej mamy zapłonęły gniewem. Krzyknęła, że w dniu operacji córki wbili jej nóż w plecy, i że dzisiaj ich zniszczy.

Policja była już wezwana. Justyna osunęła się na podłogę i zaczęła głośno płakać. Mąż leżał twarzą do ziemi. Teściowa zawodziła nad swoim losem.

Biuro nieruchomości zamieniło się w pobojowisko. Wszystko to działo się w czasie, gdy ja na sali operacyjnej miałam usuwanego guza. Pieniądze ze sprzedaży mieszkania, których tak pragnęli, nie wpłynęły na ich konto, a bilety na Wyspy Kanaryjskie stały się bezwartościowymi skrawkami papieru. Z zewnątrz zaczęły dobiegać syreny policyjne.

Im bliżej były, tym bardziej ich twarze bladły. Kiedy policja weszła do środka, Justyna nagle zerwała się, wskazała palcem na mojego męża i krzyknęła, że nic nie wie, że to on wszystko kazał jej zrobić. Nie wiedziała jeszcze, że te słowa będą sygnałem do rozpoczęcia błotnistej walki w areszcie śledczym. Kiedy znieczulenie całkowicie ustąpiło i mogłam usiąść oparta o poduszki, siostra, obierając jabłko, opowiedziała mi o wydarzeniach z komisariatu.

Słuchając jej, śmiałam się do bólu, zapominając o bólu pooperacyjnym. To było jak oglądanie komedii. Mąż, teściowa i Justyna, aresztowani na gorącym uczynku, zostali przewiezieni na komisariat. Siostra, mama i para kupujących udali się tam jako świadkowie.

Na początku cała trójka zachowywała się bardzo pewnie. Szczególnie mąż. Udawał niewiniątka, tłumaczył, że to nieporozumienie, że żona jest w szpitalu, a on tylko próbował w jej imieniu sfinalizować umowę. Teściowa popierała go, mówiąc, że wszystko było uzgodnione i że to tylko rodzinne nieporozumienie.

Oficer rzucił na biurko podrobiony dowód i zapytał, co to za dowód, skoro zdjęcie przedstawia inną osobę, a imię, nazwisko i PESEL należą do chorej żony. Wtedy pewne siebie twarze zbladły jak papier. Oficer wyjaśnił, że podrobili dokument państwowy, co jest fałszerstwem, i że próbowali wyłudzić milion trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych, co jest próbą oszustwa wielkiej wartości. Justyna nagle zerwała się z krzesła, wskazała na mojego męża i krzyknęła, że nic nie wie, że to on wszystko zorganizował, że tylko wysłała mu zdjęcie, nie mając pojęcia, że zrobi fałszywy dowód.

Mąż wrzasnął, że to ona wpadła na pomysł, żeby udawać jego żonę. Justyna oskarżyła go, że to on namawiał ją na Wyspy Kanaryjskie i obiecywał, że będzie żyła jak pączek w maśle. Teściowa, która do tej pory traktowała Justynę jak przyszłą synową, rzuciła się na nią i chwyciła ją za włosy. Justyna złapała teściową za fraki.

Dwie kobiety tarzały się po podłodze komisariatu i szarpały za włosy. Policjanci musieli się nieźle napocić, żeby je rozdzielić. Siostra i mama z założonymi rękami przyglądały się temu z satysfakcją. Gdy bójkę opanowano, wznowiono przesłuchanie.

Policjant przyjrzał się podrobionej pieczątce i pełnomocnictwu i uśmiechnął się z politowaniem. Zapytał, gdzie mąż wyrobił pieczątkę. Mąż twierdził, że to pieczątka żony, którą wziął z szuflady. Oficer wyjaśnił, że żona już miesiąc temu zastrzegła możliwość wydawania jakichkolwiek odpisów i pełnomocnictw w jej imieniu, więc to niemożliwe.

Wzór pieczątki minimalnie różnił się od zarejestrowanego w urzędzie, a poświadczenie notarialne było sfałszowane. Wtedy z pokoju przesłuchań wyszedł kupujący. Kipiąc złością, stanął przed moim mężem i powiedział, że przez niego o mało nie został oszukany na półtora miliona. Zażądał zwrotu podwójnego zadatku, czyli trzystu tysięcy.

Powiedział, że jutro rano złoży wniosek o zajęcie komornicze konta i całego majątku. Mąż uczepił się jego nogawek i błagał, mówiąc, że na koncie ma niecałe dwadzieścia tysięcy. Kupujący odepchnął go bezlitośnie i wyszedł. Mąż upadł na podłogę i zaczął głośno płakać.

W całym zamieszaniu drzwi komisariatu otworzyły się i weszła kolejna znajoma twarz prowadzona przez policjanta. To była moja szwagierka w kajdankach, cała we łzach i smarkach. Zobaczywszy teściową i męża, krzyknęła, żeby ją ratowali. Ale oni, zamiast jej pomóc, nie podnieśli nawet głów.

Oficer wyjaśnił, że ta pani jest podejrzana o próbę kradzieży, zatrzymana na gorącym uczynku, i zaprowadził ją do pokoju przesłuchań. Szwagierka, głośno płacząc, nie rozumiała, co się dzieje. Siostra i mama, obserwując do końca ten doskonały spektakl, przyjechały do mnie do szpitala, by przekazać wieści o zwycięstwie. Kilka dni później zostałam wypisana ze szpitala.

Chociaż nie byłam jeszcze w pełni sił, było jedno miejsce, które chciałam odwiedzić w pierwszej kolejności. Razem z siostrą pojechałam do aresztu śledczego na widzenie. Za szklaną szybą pojawił się mój mąż, postarzały o dziesięć lat. Gdy tylko mnie zobaczył, zaczął płakać i przywarł do szyby.

Zapytał, jak się czuję. Odpowiedziałam, że świetnie, a patrząc na jego twarz, od razu mi lepiej. Zaczął błagać, mówiąc, że oszalał, że to wszystko przez Justynę, że to ona go namówiła, że dał się zaślepić. Przepraszał i obiecywał, że jak wyjdzie, będzie mi służył do końca życia.

Prosił, żebym wycofała pozew, bo kupujący zajął mu wszystkie konta i jest spłukany, nie ma nawet pieniędzy na adwokata. Zapytałam, czy myśli, że jestem szalona. Oświadczyłam, że właśnie złożyłam pozew o rozwód z orzeczeniem o winie i żądaniem zadośćuczynienia, a przeciwko Justynie pozew za zdradę. Mąż zapytał, czy naprawdę muszę posuwać się tak daleko, skoro przeżyliśmy razem tyle lat.

Powiedział, że to ja zniszczyłam rodzinę. Prychnęłam. To on, próbując potajemnie sprzedać mój dom i uciec w dniu mojej operacji, doprowadził do rozpadu. Ja tylko dochodzę swoich praw.

Dodałam, że Justyna powinna wiedzieć, że fałszerstwo dokumentów państwowych nie kończy się na grzywnie, a on za fałszerstwo i próbę oszustwa dostanie co najmniej pięć lat więzienia. Błagał, żebym go uratowała ten jeden raz. Powiedziałam mu, że skoro chciał jechać na Wyspy Kanaryjskie, niech teraz je więzienny chleb i śni o nich w areszcie, i żeby nie pokazywał mi się więcej na oczy. Zostawiając za sobą jego zawodzenie, wyszłam z sali widzeń bez żalu.

Czułam się lekko, jakbym unosiła się w powietrzu. Za plecami słyszałam, jak uderza w kraty i wykrzykuje moje imię, ale ani razu się nie obejrzałam. Wychodząc z aresztu, spojrzałam w niebo. Było czyste i błękitne.

Ale moja prawdziwa zemsta jeszcze się nie skończyła. Gdy rana pooperacyjna się zagoiła i wróciłam ze szpitala do domu, rozpoczęła się prawdziwa, legalna zemsta. Podczas gdy oni przebywali w areszcie i przechodzili przez przesłuchania, ja zatrudniłam adwokata i wszczęłam postępowanie cywilne i rozwodowe. Pierwsze pismo trafiło do firmy, w której pracowała Justyna.

Złożyłam pozew o odszkodowanie za zdradę wraz z wnioskiem o zajęcie jej wynagrodzenia. Kiedy dokumenty dotarły do działu kadr, wybuchł skandal. Na anonimowym forum firmowym rozeszła się plotka o romansie i próbie sprzedaży mojego mieszkania, która zakończyła się aresztowaniem. Pewnego dnia zadzwonił nieznany numer.

Justyna płakała i błagała, żebym darowała jej ten jeden raz. Mówiła, że dostała wezwanie na komisję dyscyplinarną, grozi jej zwolnienie, że ludzie w pracy wytykają ją palcami. Odpowiedziałam, że skoro sprawiła, że w cudzych oczach pojawiły się łzy, to w jej powinny pojawić się krwawe. Justyna tłumaczyła, że Radek obiecywał, że się nią zaopiekuje, że nie wiedziała, że to takie poważne przestępstwo.

Powiedziałam, że sfałszowanie mojego dowodu, udawanie mnie i próba sprzedaży mieszkania to oszustwo, i że fałszerstwo dokumentów państwowych nie kończy się na grzywnie. Zapowiedziałam, że pójdzie do więzienia. Błagała, żebym wycofała pozew, mówiąc, że będzie pracować całe życie, żeby spłacić dług, że jak zajmą jej pensję, nie będzie miała z czego zapłacić za wynajem i wyląduje na bruku. Odpowiedziałam, że to mnie nie obchodzi, i że jeśli zadzwoni jeszcze raz, zgłoszę ją za nękanie.

Bezlitośnie się rozłączyłam. Później dowiedziałam się, że Justyna została zwolniona z pracy, musiała zapłacić mi odszkodowanie, na co poszła cała kaucja za jej kawalerkę, i podobno skończyła, tułając się po noclegowniach. Sytuacja mojego męża w areszcie była jeszcze gorsza. Kupujący natychmiast pozwał go o zwrot podwójnego zadatku, czyli trzystu tysięcy.

Pewnego dnia zadzwonił z aresztu. Mówił, że je i śpi dobrze, a ja odpowiedziałam, że ja też, i zapytałam, czy jedzenie w areszcie mu smakuje. Zapytał, czy naprawdę muszę być taka okrutna. Opowiedział, że został pozwany, że wszystkie konta ma zablokowane, dostał wypowiedzenie z pracy, a kupujący złożył wniosek o zajęcie odprawy.

Powiedziałam, że dobrze mu tak, że to cena za próbę zarobienia na sprzedaży mojego mieszkania. Błagał, żebym spotkała się z kupującym i poprosiła o litość, bo nie ma nawet pieniędzy na mydło w kantynie. Zapytałam, gdzie się podziała jego przyzwoitość. Powiedział, że przez ten dług będzie do końca życia bankrutem, że codziennie dostaje wezwania do zapłaty i że się dusi.

Odpowiedziałam, że skoro się dusi, to niech wytrzyma, i zapytałam, z czego zamierza zapłacić mi zadośćuczynienie za zdradę. Zapytał, czy pozwałam go też o zadośćuczynienie. Potwierdziłam i dodałam, że jutro pozew rozwodowy dotrze do aresztu, to sobie przeczyta. Jego majątek przejmę jako odszkodowanie, a on wyjdzie na wolność jako bankrut z długiem trzystu tysięcy.

Prosił, żebym porozmawiała z teściową i przekazała kupującym, żeby obniżyli odsetki. Powiedziałam, że moja mama na dźwięk jego imienia dostaje drgawek i żeby nie ważył się więcej wspominać o naszej rodzinie. Życzyłam mu, żeby jadł porządnie i nabierał sił, bo długo będzie spłacał swoje winy. Rozłączyłam się z satysfakcją nie do opisania.

Widok tego, jak ten, który pożądał cudzego majątku, sam stracił wszystko i do końca życia będzie tonął w długach, był niezwykle satysfakcjonujący. Minęło kilka miesięcy i w końcu rozpoczął się proces karny. Mąż, teściowa i Justyna, ubrani w zielone stroje więzienne, stali obok siebie na ławie oskarżonych. Ja, siostra i mama siedziałyśmy w pierwszym rzędzie na widowni.

Sędzia odczytał wyrok. Wina oskarżonych, którzy w biurze nieruchomości przedstawili fałszywe pełnomocnictwo, fałszywy dowód osobisty i fałszywą pieczątkę, próbując wyłudzić milion trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych, była bardzo wysoka. Mąż i teściowa zostali uznani za winnych fałszerstwa dokumentów i próby oszustwa wielkiej wartości i skazani na sześć lat więzienia. Justyna jako współwinna fałszerstwa dokumentów została skazana na trzy lata więzienia.

Gdy tylko sędzia ogłosił wyrok, na sali rozpraw zapanował chaos. Teściowa osunęła się na podłogę i zaczęła głośno szlochać, krzycząc, że jej syn jest niewinny. Zerwała się i rzuciła na Justynę, chwytając ją za ubranie i szarpiąc. Strażnicy sądowi musieli interweniować.

Patrząc na to, śmiałam się w duchu. To, że do końca nie przyznawali się do winy i obarczali się nawzajem, było idealnym zakończeniem na ich poziomie. Miałam nadzieję, że do końca życia będą się nawzajem obwiniać w tym zimnym miejscu. Jedna osoba uniknęła więzienia i dostała wyrok w zawieszeniu.

To była moja szwagierka, która w czasie mojego pobytu w szpitalu próbowała ukraść torebki i zegarki z pustego domu. Za próbę kradzieży, jako że była to jej pierwsza kara, dostała dziesięć miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Słysząc wyrok, odetchnęła z ulgą, ale nie miała pojęcia, że to, że nie pójdzie do więzienia, będzie początkiem jej prawdziwego piekła. Po zakończeniu procesu, gdy wychodziłyśmy z sądu, zastąpiła nam drogę.

Z jej dawnego wystrojonego wyglądu nie zostało nic. Była bez makijażu, zmęczona i opalona na czarno. Odepchnęłam ją, a siostra syknęła, żeby zeszła nam z drogi i cieszyła się, że sama nie siedzi w celi. Kilka dni po procesie karnym pojechałam do więzienia na widzenie, żeby ostatecznie uświadomić im ich sytuację.

Za szklaną szybą siedzieli mąż i teściowa w niebieskich strojach więziennych. Oboje postarzeli się o kilkadziesiąt lat. Teściowa, gdy tylko mnie zobaczyła, zaczęła uderzać w szybę i krzyczeć, że myślę, że jak ich wsadziłam do więzienia, to będę spała spokojnie. Odpowiedziałam, że tak, spałam, bardzo dobrze.

Powiedziałam, że trafili do więzienia, bo fałszowali dokumenty i próbowali oszukać, więc nie powinni obwiniać mnie. Teściowa zaczęła prosić, żebym wpłaciła im pieniądze na wypiskę, bo jedzenie jest niejadalne, a ona je tylko suchy chleb. Prychnęłam z niedowierzaniem. Zapytałam, dlaczego mam płacić za jedzenie oszustów, i poradziłam, żeby poprosili szwagierkę, która na zewnątrz czyści grille w barze.

Mąż zaczął błagać, żebym sprzedała mieszkanie i spłaciła jego dług. Zapytałam, dlaczego mam sprzedawać mieszkanie, skoro to mój dom. Powiedziałam, że jak wyjdzie, niech idzie na budowę i spłaca długi. Odwróciłam się od ich wykrzywionych twarzy i wyszłam bez żalu.

To był moment, w którym wszystkie więzy zostały ostatecznie zerwane. Wszystkie procedury prawne, odszkodowania i podział majątku zostały zakończone. Moje mieszkanie pozostało w całości moją własnością. Spakowałam walizki, żeby pojechać w podróż, którą obiecałam mamie i siostrze miesiąc temu, tuż przed operacją.

Zapytałam, czy mają paszporty i bilety. Mama zachwycała się, że poleci pierwszą klasą. Siostra zapytała, czy naprawdę tam lecimy. Odpowiedziałam, że oczywiście, tam, gdzie ci dranie tak bardzo chcieli uciec za pieniądze ze sprzedaży mojego domu.

My polecimy tam i będziemy się świetnie bawić, wydając pieniądze. Siedziałyśmy w saloniku pierwszej klasy na lotnisku Chopina w Warszawie. Naszym celem były Wyspy Kanaryjskie, miejsce, do którego oni chcieli uciec za skradzione pieniądze. Ja leciałam na własny koszt.

Z klasą i w wielkim stylu. Siostra zapytała, co robimy najpierw po przylocie. Odpowiedziała, że od razu po rozpakowaniu idziemy do zarezerwowanej restauracji w najlepszym hotelu i że na pamiątkę odzyskania mieszkania stawia pierwszą kolację. Mamy jeść do syta, zwiedzać do syta i bawić się dobrze.

Niech ci źli ludzie jedzą w więzieniu suchy chleb, a my będziemy pić wino i jeść homary. Spojrzałam na ogromny samolot za oknem i uśmiechnęłam się szeroko. Cały stres i poczucie zdrady zostawiłam tutaj na lotnisku. Ludzie, którzy wkroczyli w moje życie, teraz będą smakować swojego piekła w więzieniu i pod ciężarem ogromnych długów.

Z głośników rozległ się komunikat o rozpoczęciu boardingu. Wstałam, poprawiłam nowe okulary przeciwsłoneczne i pociągnęłam walizkę. Moje kroki były lekkie, jakbym stąpała po chmurach. Moje przyszłe życie będzie tak czyste i promienne jak błękitne morze u wybrzeży Wysp Kanaryjskich.

Najbardziej satysfakcjonująca i odświeżająca zemsta, którą starannie przygotowałam, ryzykując własne życie, zakończyła się w ten sposób doskonałym happy endem.