Siedziałem przy stole, przede mną talerz z pierogami, których jeszcze nawet nie tknąłem, a w szklance kompot z suszu powoli tracił temperaturę. W całym domu pachniało barszczem i smażonym karpiem, a z głośników sączyła się cicha noc w takiej aranżacji, przy której człowiek miałby ochotę zapalić świeczkę i przytulić cały świat. Tyle że ja czułem tylko ciężar w żołądku. Wigilia u Ewy zawsze wyglądała jak z żurnala, ale ja od samego początku nie umiałem się w tym odnaleźć.

Może to kwestia wieku, a może po prostu człowiek w takich chwilach spodziewa się ciepła, a nie tego, że za chwilę wszystko pęknie. Ewa krzątała się przy stole, poprawiała serwetki, przestawiała talerze, a Tomek, jej mąż, właśnie wrócił z kuchni z kieliszkiem czerwonego wina. Miał policzki zaróżowione, ale nie od alkoholu. On zawsze się stresował świętami.
Usiadł ciężko na krześle, poprawił kołnierzyk koszuli, jakby go gniótł, i spojrzał na Olka, mojego wnuka, który właśnie podbierał uszka z półmiska, udając, że nikt tego nie widzi. No młody, jak tam w szkole? – zagadnął Tomek, bardziej żeby wypełnić ciszę, niż żeby naprawdę chciał usłyszeć odpowiedź. Olek wzruszył ramionami, przełknął kęs i powiedział z ustami pełnymi ciasta:
Spoko.
Przez chwilę wszyscy jedli w milczeniu. Taki odgłos widelców o porcelanę, brzęk kieliszków, trzask świec. Świeże powietrze pachniało lukrem i przyprawą korzenną. Może właśnie dlatego, że było tak spokojnie, tak idealnie, ta chwila aż dzwoniła w uszach.
A potem Olek, jakby nigdy nic, wbił widelec w pieroga i rzucił do mnie, bo siedziałem obok niego:
Dziadku, a pamiętasz, jak mówiłeś, że ten fundusz, no ten milion, że będę mógł o nim mówić po osiemnastce? Bo ja myślę, że już jestem gotów, żebyś mi przekazał te papiery albo co tam trzeba. Zamarłem. Dosłownie przestałem oddychać na ułamek sekundy, bo w pierwszej chwili myślałem, że przesłyszałem.
Potem poczułem, jak kark mi sztywnieje, a serce opada w dół, w okolice żołądka. Ktoś przy stole przestał żuć. Drgnął kieliszek, ktoś postawił go głośno na stole, a potem zapanowała cisza taka gęsta, że słychać było trzepot płomienia świecy. Tomek zesztywniał.
Widziałem, jak jego dłoń, ta, która przed chwilą spoczywała płasko na blacie, zaciska się w pięść. Przez chwilę patrzył na Olka, a potem przeniósł wzrok na mnie. Jego oczy zwęziły się, a twarz powoli, centymetr po centymetrze, zaczęła na nim blednąć, jakby ktoś odkręcał pokrętło od koloru. Co?
– Wydusił w końcu, a ten jeden wyraz rozpadł się na dwie sylaby. Co ty powiedziałeś? Olek chyba nawet nie zauważył, co się wokół niego dzieje. Albo zauważył, ale nie rozumiał.
Wzruszył ramionami i powtórzył, już wyraźniej, jakby tłumaczył coś małemu dziecku:
No, że jestem gotów na ten mój fundusz. Dziadek mówił, że jak ukończę szesnaście lat, to mi powie, jak przejąć nad tym kontrolę. No to skończyłem, więc pytam. Tomek wstał.
Gwałtownie. Krzesło odjechało do tyłu z hukiem, ocierając się o dywan. Ewa pisnęła, a kieliszek, który trzymała w ręku, wypadł jej z palców, uderzył o krawędź stołu i rozprysnął się po obrusie, zostawiając czerwoną plamę jak krew. Ale nikt nawet nie spojrzał na wino.
Tomek stał wyprostowany. Jego klatka piersiowa unosiła się za szybko, a na czoło wystąpiły mu kropelki potu. Oddychał tak, jakby dopiero co przebiegł maraton. Tomek, kochany, uspokój się – Ewa zaczęła, podnosząc się, ale on jej przerwał, machnąwszy ręką w powietrzu, a potem przycisnął dłoń do mostka.
Jego oczy były szkliste, puste, wpatrzone w Olka, a jednocześnie jakby przez niego. Co ty, chłopie, opowiadasz? – warknął. Jaki znowu fundusz?
Jaki milion? Co to za bzdury ci wmawia? Olek zmarszczył brwi i spojrzał na mnie, jakby szukał ratunku. Ja?
Ja nic nie wiem. Powiedzieć masz to, co wiesz – Tomek zrobił krok do przodu. Skąd ci przyszedł do głowy ten pomysł? Kto ci o tym powiedział?
On? – Wskazał na mnie drżącym palcem. On ci takie rzeczy opowiada? Bo ja się robię poważnie, ale to poważnie wkurzony.
Ewa podeszła do męża i chwyciła go za przedramię. Tomek, przestań. Przestraszysz chłopaka. Co ty wyprawiasz, usiądź.
Ale Tomek wyrwał się jej i zrobił kolejny krok w stronę Olka. Jego głos nabierał ostrości, jak brzytwa przeciągnięta po kamieniu:
Odpowiadaj. Co to za historia z pieniędzmi? Bo chyba ci się coś pomyliło, młody.
W tej rodzinie nie ma żadnych milionów. Olek cofnął się o krok, a potem spojrzał na mnie i nagle w jego oczach błysnęło coś, czego nie chciałem tam widzieć. Zrozumienie. O nie.
O, nie, nie. Zaczął kręcić głową, mówiąc cicho:
Dziadku? Co się dzieje? Mówiłeś, że to było ustalone.
Że jak skończę szesnaście lat, to mi wszystko wyjaśnisz. Mówiłeś, że to mój fundusz. Tomek odwrócił się do mnie gwałtownie, a jego twarz znieruchomiała z wściekłości, ale w jego oczach nie było złości. Był w nich czysty, surowy strach.
Jego ręka powędrowała do klatki piersiowej. Przez chwilę wszystko zawirowało. Ewa krzyknęła, bo kieliszek, który trzymała, wyśliznął jej się z dłoni, a Tomek zachwiał się, chwytając za krzesło, ale chybił. Runął ciężko na blisko stojącą komodę, zrzucając z niej ramkę ze zdjęciem, i osunął się po ścianie na podłogę.
Ewa! – wykrzyknął Tomek, ale to nie on to powiedział. To był Olek. Wstał z krzesła.
Mama! Ewa już klęczała przy mężu, odwracając go na plecy. Tomek miał otwarte oczy, ale nie patrzył na nic. Dyszał płytko, szybko, a jego ręka zaciśnięta na koszuli na piersi w ogóle się nie poruszała.
Dzwoń po karetkę! – krzyknęła Ewa. – Dziadek, szybko, dzwoń po pogotowie! Pognałem do telefonu, a przez całą wieczność, zanim operator odebrał, widziałem przez okno, jak Olek, śmiertelnie blady, stoi nad rodzicami.
Tomek wyglądał tak, jakby nie oddychał. Potem na szczęście poruszył wargami, wydał z siebie jakiś dźwięk, a Ewa rozpięła mu kołnierzyk, szepcząc coś uspokajająco. Karetka przyjechała szybko. Może to były trzy minuty, a może dziesięć.
Pamiętam, że ratownicy wbiegli do domu w kurtkach, z torbami, i od razu zajęli się Tomkiem. Mierzyli ciśnienie, zadawali pytania, podłączyli kroplówkę. Ja stałem w kącie z telefonem w dłoni, słuchając rozmowy o tym, że padnie rozpoznanie na nerwicę, może stres, a może serce, że trzeba robić badania w szpitalu. Kiedy wyprowadzali Tomka, który szedł już o własnych siłach, ale z ręką przyciśniętą do mostka, Tomek zatrzymał się na progu.
Ja nie będę, ja chyba muszę jechać – wyjąkał, gdy ratownik podtrzymywał go pod łokieć. On ma gadać. Niech on mi powie. Obiecaj mi.
I wtedy jego wzrok trafił na mnie. A w tym wzroku była wściekłość, strach i coś, co wyglądało jak prośba. Ewa już wkładała kurtkę, krzycząc do Olka:
Zostań z dziadkiem! Ja jadę z tatą, zaraz wrócicie do domu, nie wychodźcie nigdzie, słyszysz?
A potem drzwi się zamknęły i zostałem sam z Olkiem w ogromnej jadalni z czerwonym winem wylanym na obrus i rozbitym kieliszkiem na dywanie. Staliśmy tak i oboje nie wiemy, ile czasu, a potem Olek odwrócił się do mnie. Jego twarz była biała, a usta drżały. Powiedział cicho, łamiącym się głosem:
Dziadku?
Mówiłeś, że to moje. Mówiłeś, że jak ukończę szesnaście lat, to mi powiesz. Rozmawialiśmy o tym. Pamiętasz?
Ty mi to pokazałeś w tych dokumentach. W twoim biurze. Na twój telefon. Mówiłeś, że to mój, że oni mi to przekazali, jak miałem dwa lata.
Zamknąłem oczy. Czułem, jakbym stał na krawędzi czegoś. Otworzyłem usta, ale nie wyszło z nich nic poza suchym:
Olek, posłuchaj mnie, dziecko. Musisz mnie uważnie posłuchać.
Ale on potrząsnął głową, robiąc krok do tyłu. Jego głos był teraz wyższy, piskliwy. To nie jest prawda? To kłamstwo?
Bo to była cała twoja, no, wiesz, twoja bajka. Gadasz do mnie do dziś, że mam tego nie ruszać, że to zabezpieczenie na przyszłość, że mam przed tobą dochować tajemnicy, bo oni nie mogą się dowiedzieć. A teraz? Teraz, jak się wydało, to co?
To była ściema? Cały ten fundusz to było oszustwo? Powiedz mi, że nie. Dziadek, że nie, zrobiłeś to dla mnie.
Te słowa wjechały we mnie jak nóż. Czułem, jakbym spadał. Zrobiłem jedyną rzecz, jaką mogłem zrobić. Zmierzyłem go wzrokiem i powiedziałem:
Olek, tego funduszu nie ma.
Na te słowa chłopak zamarł. Jego twarz z białej zmieniła się w szarą. Na policzki wystąpiły mu rumieńce, a oczy zwęziły się. Przez długą chwilę stał nieruchomo, jakby przetwarzał dane, a potem z jego ust wydobył się śmiech.
Taki krótki, z goryczą. Nie ma? Nie ma? Więc co to było?
Wszystko, co mi opowiadałeś przez te wszystkie lata, to były wymysły? Bo ja już nawet chwaliłem się w szkole, że jestem milionerem, że mam fundusz, że jak skończę osiemnaście to wszyscy będą mi zazdrościć. Mówiłem, że dziadek mi powiedział. Cały czas, w podstawówce, w gimnazjum, nawet teraz, gdy ktoś pytał, to ja mówiłem o tym funduszu.
Bo ty mi mówiłeś, że to jedna z tych rzeczy, które trzymasz w sekrecie, że to nasza wspólna sprawa, że lepiej, żeby mama i tata nie wiedzieli, bo oni tego nie zrozumieją. To po co mi to mówiłeś? Dla zabawy? Ostatnie słowa wykrzyczał, a potem odwrócił się i kopnął w krzesło, które przeleciało kawałek, obijając się o ścianę.
Jego ramiona opadły, a kiedy się do mnie odwrócił, w oczach miał łzy. Dziadku, ja nawet wymyśliłem sobie plan, że spłacę wam wszystkie długi. No, wy … nie wiem.
Wiem, że nie rozmawiamy o tym, ale ja wiem, że nie macie, że mama ci pomaga. Kiedy mówiłeś, że to moje zabezpieczenie, to myślałem, że to po to, żebyś ty miał spokój, że nie musisz się martwić. Nie mogłem na niego patrzeć. Odwróciłem wzrok.
Moja własna głupota, ustawiona w tym pokoju, dławiła mnie teraz za gardło. Przełknąłem ślinę i zacząłem mówić cicho. Olek, to nie była zabawa. To był mój plan, żeby cię chronić.
Chronić? Przed czym? Przed mamą? Przed tatą?
Odetchnąłem głęboko. Wiedziałem, że nadszedł ten moment. Wiedziałem, że będę musiał to zrobić wcześniej czy później. Spotkaliśmy się z Tomkiem, ale ta rozmowa i tak musiała nastąpić.
Tylko że nie taki miałem plan. Widzisz, Olku, twój tata – to nie jest ta sama osoba, którą myślisz, że jest. Olek zmarszczył brwi, a potem prychnął:
Co ty gadasz, dziadek? Tata to nie jest żaden zbrodniarz.
Czasem jest oschły, ma swoje humory, ale to jest dobry człowiek. Ale jego głos już nie był taki pewny. A jego oczy już nie patrzyły na wprost. Usiadł na podłogę, plecami do rozbitego kieliszka, i rzucił we mnie oskarżycielskim wzrokiem:
Mów wszystko.
W tej chwili. Co z nim? Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjąłem z niej coś, co nosiłem tam od dawna w oczekiwaniu na ten dzień. Mały, srebrny pendrive, przewiązany gumką.
Położyłem go na stole, między moim talerzem a plamą wina. Twój ojciec ma długi. Duże, ostre, nieodpowiednie długi. I nie u banków.
U ludzi, którym nie powinno się być dłużnym. I nie ma już żadnych dochodów ani oszczędności, którymi mógłby to spłacić. Mam na myśli to, że jest komuś winien pieniądze. Takie miejsce, gdzie już nie chcesz, żeby twoje nazwisko było na liście.
A jak masz taką gotówkę jak on, no to trzeba znaleźć pieniądze. I tak wpadł na pomysł, że jak tylko skończysz szesnaście lat, czyli teraz, niedługo, to przejmie nad tobą kontrolę. Jego oczy rozszerzyły się. Wiedział.
Złapał to w locie. Chwila. Mój fundusz. Twój zapis.
Ty chciałeś mieć do tego dostęp. Zamknąłem oczy, a potem skinąłem głową. Tylko, że ty nie masz żadnego majątku, dziadku – powiedział wolno. Babcia, ona…
miała dom i to wszystko. Za to mieszkanie i działkę ty sprzedałeś, żeby spłacić długi po swoich braciach, nie wiem, po twoim ojcu. Nie miałeś nic. To ty nie masz…
To powiedziałeś mamie. Powiedziałeś, że jesteś bankrutem. Ona utrzymuje ciebie i utrzymywała mnie. Teraz skinąłem ja.
Stąd wzięła się ta twoja bajka. Stworzyłem całą historię. O hołdzie, o funduszu, o tym, że twój pradziadek, że taki, że owaki, o ubezpieczeniu na życie, o zapisie, o wszystkim. Tyle lat wkładałem ci do głowy, że jesteś wart majątek, że masz to wszystko.
Coś, czego nie ma, ale czego twój tata tak desperacko szukał. A on, no, jasne, on znalazł twoje rzekome gniazdo. Przekopał się przez moje dokumenty. Może przez Ewę.
Może przez kuratora. Nie wiem. Ale wiedział, że to jest jego przepustka. Tylko czekał, aż będziesz pełnoletni albo przynajmniej na tyle dorosły, że będziesz mógł podpisać papiery, wziąć kredyt.
Olek siedział już nieruchomo, zaplótł dłonie na karku i kołysał się w przód i w tył, jakby ta wiadomość nim trzęsła. To po to ty mi to mówiłeś? To po to wymyśliłeś historię o tym, że jestem bogaty? Żeby go oszukać?
Poczułem, że na moje oczy wyszły łzy. Abyś ty nigdy nie musiał patrzeć na siebie tak, jak on patrzy teraz. Aby nigdy nie przyszło ci do głowy, nawet na minutę, że jedyne, co możesz zrobić dla swojego ojca, to pójść do banku i podpisać wszystko, co każe. Póki ten twój fundusz jest twoim sekretem, póki myślisz, że to twoja polisa na przyszłość, on nie może cię do tego zmusić.
A ja potrzebowałem czasu, żeby zabezpieczyć cię przed nim. Tak jak to zrobiłem. Te dokumenty, które ci pokazywałem, te wyciągi, które oglądaliśmy w moim biurze – wszystko to jest fałszywe. Zawsze było.
Olek zamarł. Popatrzył na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu. A potem powiedział:
Więc dlatego uczyłeś mnie, żebym nie rozmawiał z tobą o pieniądzach przy mamie. Więc dlatego założyłeś mi konto tkwiące w starym telefonie.
Więc o to chodziło z tymi hasłami, z tym, że mam pilnować swojego telefonu, żeby nikt nie widział tych wszystkich wiadomości, które do mnie wysyłałeś. Ty podstawiłeś mi cały system wierzeń. Stworzyłeś fikcję, żeby chronić mnie przed tatą. A ja myślałem, że to coś w stylu zaufaj mi, i tyle, że to wszystko jest po to, żebym ja był bezpieczny.
Właśnie dlatego to zrobiłem. To była moja jedna, jedyna szansa, żebyś się nie dał wykorzystać. I póki myślisz, że masz to coś, on nigdy nie będzie mógł Cię zmusić do oddania mu czegoś, czego nie masz. Zapadła cisza, po której Olek wybuchnął śmiechem.
To nie był wesoły śmiech. To był dźwięk osoby, której coś pękło w środku. Boże. Boże.
Więc nie ma. Ty stary… a ja przez całe życie czułem się taki ważny, taki wyjątkowy. A to wszystko to była gra wstępna, żebyś mógł mi urządzić…
cyrk. Ty stary… Jego głos się załamał. Wstał i podszedł do okna, wpatrując się w ciemność, rozstrojony.
Ja zostałem przy stole, czując, że po moich zmęczonych siłą rzeczach, które przed chwilą powiedziałem, pocą się ręce. Zanim cokolwiek powiedział, drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem. Kroki. Ktoś szedł korytarzem.
Ewa, która wróciła taksówką, bo Tomek został w szpitalu na obserwacji. Weszła do jadalni, stanęła w drzwiach i zobaczyła rozbity kieliszek, krzesło na ziemi i nasze twarze. Twarz jej ściągnęła się. O czym wy, do cholery, mówicie?
Co się tu dzieje? Tomek jest w szpitalu, jest za wcześnie, a ja… Widzę, że coś tu się wydarzyło. Złapałem się za dłoń i nie wiedziałem, czy udawać spokój, czy powiedzieć jej prawdę.
Ale Olek uprzedził moją odpowiedź. Odwrócił się z dziwnym, przestraszonym wzrokiem. On wie, mamo. Tata.
Ja wiem, skąd się biorą jego długi. Dziadek mi powiedział. Tu nie chodzi o nic. To przez długi.
Ewa miała taką minę, jakby dostała cios w brzuch. Zachwiała się i oparła o framugę. Ty mu powiedziałeś. – ją wycedziła w moją stronę.
Miałeś mi obiecać. Kazałeś mi obiecać, że mu nigdy nie powiemy, że to wszystko, to kłamstwo, że nie będzie o tym wiedział. Olek głośno przełknął ślinę:
Powiedziałeś jej? Też?
To wy oboje, ta cała historia. Mama też jest w to zamieszana? To wszystko było; jest zaaranżowane. Ewa zakryła usta dłonią.
Patrzyła na mnie z przerażeniem. Olek wyczuł to napięcie. I wtedy powiedział cicho:
Ale oniemiałam. Znalazłam.
Znalazłeś to. Znalazłeś moje papiery. Papier, który trzymałeś w gabinecie w szufladzie. Ten z pieczątkami.
Ten z polisą na okaziciela, na 150 000 zł. Ewa nie odpowiedziała. Ona tylko ścisnęła torebkę i wbiła wygnieciony szklany kieliszek między palce… Ale on postawił ją na stoliku.
Powiedziała uroczyście:
Nie musisz niczego podejmować. Tatuś jest chory. Ale Olek pokręcił głową. Mocno, kanciasto.
Przynajmniej tak mi powiedziano. Tylko że ja teraz myślę, że to też było kłamstwo. Tata nie jest chory. Tata jest winny komuś pieniądze, nie?
Mówił: on nie jest chory, tylko zagrożony. I ty też o tym wiedziałaś. Ty, matka, stoi twarzą w twarz z moim ojcem i obmyśla, co by tu zrobić. Zamiast mu pomóc, wsadziliście mnie.
Osunął się na kolana, dysząc, opierając dłonie na dywanie. Chłopcze – chrząknąłem. Za to przepraszam. Ale to była jedyna droga.
Gdybyś wiedział, że nie ma żadnego majątku, nie dałbyś rady udawać przed ojcem. On by wyczuł, że nie ma, że to gra. Musiałeś wierzyć. Musiałeś myśleć, że gdy nadejdzie odpowiedni czas, ty sam ruszysz po swoją gotówkę.
Że to coś jest. Tylko w ten sposób mogłem być pewien, że on nie wyciągnie z ciebie pieniędzy. Bo wiem, jacy są ludzie, którzy wpadli w długi. Nie cofną się przed niczym.
I dlatego wymyśliłem sobie opowieść. I trzymałem cię przy niej. Ewa ukryła twarz w dłoniach. Zaszlochała.
Odszedł, Tomek, odszedł. Odszedł, wstał od tej porannej rozmowy, wszystko zostawił, powiedział, że wraca na noc do szpitala, a ja wiedziałam, że to nie tak. Po prostu czekał, aż ja zadzwonię. Dziadek, ja nie mam już do kogo wracać.
Olek wstał. Podszedł do matki, niepewnie, ale stanowczo. Masz nas. Masz mnie.
A co do taty… tu się zawiesił. I dodał: Jeszcze z nim nie skończyłem. Ale nie w taki sposób, w jaki myślisz.
Obiecaj, że jutro rano pójdziemy do tego prawnika, o którym wspominał dziadek. Tego od alimentów i rozwodu. Bo ja już nie zamierzam być niczyją kartą przetargową. Ewa popatrzyła na syna, jakby widziała go po raz pierwszy.
Potem skinęła głową, niezdolna do mówienia. Ej, a ty? Zdziwiłem się. Ja?
Olek podszedł do mnie i położył mi dłoń na ramieniu:
Nie myśl, że daję ci wygraną. Wymyśliłeś sobie całą tę fantazję, wciągnąłeś moją matkę, własnego wnuka. Przepraszam, ale to nie było w porządku. Ale wiem, że to zrobiłeś, bo…
oboje wiemy, na jaką gwiazdę zapatrzyłeś się przez te lata i jaki ciężar dźwigałeś. Może w końcu się przesunie. Z trudem wstałem z krzesła, przytrzymując się blatu. Czułem na karku mokre i gorące krople, ale to nie była pot.
To była ulga. Chodźcie – powiedziałem chrypliwie. Barszczu już nie ma, ale herbaty wam zrobię. Coś czuję, że i tak nikt dzisiaj nie zaśnie.
W kuchni oparłem się o zlew i patrzyłem, jak na zewnątrz zaczyna kłaść się na śnieg. Olek pomagał matce zbierać szkło. Może z tego wszystkiego nie będzie dobrze. Może Tomek wpadnie głębiej, niż myśli, a ja i cała ta szopka wyjdzie na jaw w najmniej odpowiednim momencie.
Ale jedno było pewne. Złudzenie pękło, opadło, odszedł mi z ulgą strach, że muszę dalej udawać. Trzeba się będzie zmierzyć z prawdą. I jakkolwiek ono, to pranie, będzie bolało, to przynajmniej przestanę kłamać tym, których kocham.
Kiedy wracałem do domu, trzymałem w kieszeni pendrive, który Olek mi oddał po tej całej rozmowie. Włamałeś się do mnie? – zapytał gdzieś pół żartem. Ale ja mu odparłem, że nie.
To była tylko taka polisa. I spłonęła, gdy tylko stał się niepotrzebny. Wyrzuciłem go do rzeki. Nie, przepraszam, do śniegu.
Po prostu go tam wyrzuciłem. Może sobie przeczyta, może mu się przyda. A na koniec spłonął w piecu. Wyglądało to tak, jakby ktoś chciał podpalić cały zeszyt.
I dobrze. Niech się spali. Niech zostanie popiół. Tam, w tym popiele, zniknęły wszystkie kłamstwa i cały ten balast.
Zostałem ja, ja sam, zmęczony, z ciężkim sercem, ale wolny. Po raz pierwszy od naprawdę dawna, poczułem że oddycham. Przed snem, już w samych skarpetkach, przeszedłem do salonu. Na parapecie wciąż migotały resztki lampek.
Zgasiłem je. Wystarczy kłamań – mruknąłem do siebie. Do usłyszenia.
I tego wieczoru po raz pierwszy od wielu, wielu lat uwierzyłem, że może z tego wszystkiego jeszcze coś będzie.