Wiedziałem, że nie powinienem otwierać tego pudełka przed rocznicą, ale po tylu latach, kiedy rocznica była u nas właściwie kolejnym dniem w kalendarzu, ciekawość wygrała. W środku leżał drogi…

Żona podarowała mi drogi zegarek na rocznicę, choć od dawna byliśmy sobie obcy. Godzinę później zadzwoniła. I jak ci się podoba? Odpowiedziałem, że piękny.

Thumbnail

A ona zapytała spokojnie: gdzie on teraz jest? Powiedziałem, że Jacek wziął go na chwilę, żeby przymierzyć. Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem wybuchła panika.

Co ty zrobiłeś? To pytanie do dziś słyszę w głowie. Mam na imię Rafał. Mam pięćdziesiąt lat i przez długi czas żyłem tak, żeby nikomu nie przeszkadzać.

Brzmi głupio, wiem. Człowiek przez całe dorosłe życie płaci rachunki, robi zakupy, naprawia cieknący kran, pamięta o przeglądzie samochodu, a potem któregoś dnia orientuje się, że zanim przesunie fotel w salonie, najpierw zastanawia się, czy żona nie będzie miała uwag. Z Renatą jesteśmy małżeństwem od wielu lat. Kiedyś wierzyłem, że będziemy jedną z tych par, które po sześćdziesiątce siedzą razem na tarasie, piją kawę i kłócą się najwyżej o to, kto zostawił otwarte okno.

Na początku tak właśnie było. Mieliśmy swoje żarty, swoje miejsca, weekendowe wypady za miasto. Potem jakoś to wszystko się rozmyło. Mieszkamy w domu na obrzeżach Wrocławia.

Dom należy do Renaty, dostała go od rodziców. Kiedy się wprowadzaliśmy, mówiła, że to będzie nasz dom. I przez kilka pierwszych lat rzeczywiście tak myślałem. Później coraz częściej czułem się tam jak gość z wyjątkowo długim terminem pobytu.

Dużą rolę odgrywała Bożena, matka Renaty. Bożena zawsze wiedziała wszystko najlepiej. Jaki kolor powinny mieć ściany, gdzie powinien stać stół, co trzeba posadzić przy ogrodzeniu. Kiedyś wróciłem z pracy i zobaczyłem, że w salonie nie ma mojego fotela.

Bożena nawet nie oderwała wzroku od katalogu. Powiedziała, że fotel w garażu, bo źle wyglądał. Spojrzałem na Renatę, a ona tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że przecież mogę siedzieć na kanapie. Fotel, w którym przez lata czytałem wieczorami, wylądował między kosiarką a starymi doniczkami.

Jacek, młodszy brat Renaty, z kolei nigdy nie widział granicy między swoim a cudzym. Potrafił wejść bez zapowiedzi, rzucić klucze na komodę i od razu zajrzeć do lodówki. Kilka miesięcy temu wziął mój samochód bez pytania. Zadzwoniłem, a on spokojnie powiedział, że musi coś załatwić i odda wieczorem.

Oddał, prawie z pustym bakiem. Kiedy powiedziałem o tym Renacie, westchnęła i powiedziała, żebym nie robił problemu z każdej rzeczy, bo to przecież jej brat. I chyba właśnie z takich rzeczy składało się nasze życie. Nie było jednego wielkiego dramatu.

Były setki małych sytuacji, po których człowiek mówił sobie: dobra, nieważne. A potem mijały lata. Dlaczego nie odszedłem? Sam nieraz zadawałem sobie to pytanie.

Chyba dlatego, że człowiek przyzwyczaja się do własnego życia szybciej, niż chciałby przyznać. Po pięćdziesiątce perspektywa wynajmu mieszkania, dzielenia książek, naczyń i rachunków brzmi inaczej niż wtedy, gdy ma się trzydzieści lat. Poza tym gdzieś we mnie ciągle siedziała pamięć o dawnej Renacie, tej, która potrafiła zadzwonić w środku dnia tylko po to, żeby powiedzieć: kupiłam truskawki, wracaj wcześniej. Za kilka dni mieliśmy rocznicę ślubu.

Od Renaty niczego się nie spodziewałem. Ostatnie lata wyglądały podobnie: krótkie życzenia, czasem kawa na mieście, czasem nawet nic. Mimo to postanowiłem coś przygotować. Kupiłem perfumy, które kiedyś najbardziej lubiła, zamówiłem bukiet i zarezerwowałem stolik w niewielkiej restauracji we Wrocławiu.

Pomyślałem, że może choć ten jeden wieczór spędzimy jak dawniej. Prezent schowałem na dnie szafy pod swetrami. W dniu rocznicy wstałem wcześniej niż Renata. Szukając ładowarki w sypialni, zauważyłem na komodzie pudełko, którego wcześniej tam nie było.

Ciemne, eleganckie, ciężkie. Po samym opakowaniu było widać, że to coś drogiego. Na wieczku widniała nazwa luksusowego salonu z zegarkami. Pierwszy raz od dawna pomyślałem, że może Renata jednak pamiętała o naszej rocznicy.

Renata jeszcze spała, kiedy wziąłem pudełko do ręki. Wiedziałem, że nie powinienem otwierać prezentu przed czasem. Ale po tylu latach, kiedy rocznica była u nas właściwie kolejnym dniem w kalendarzu, ciekawość wygrała. Uniosłem wieczko.

W środku leżał męski zegarek. Od razu było widać, że kosztował fortunę. Ciężka stalowa bransoleta, ciemna tarcza, wszystko dopracowane tak, że bałem się dotknąć szkła palcem. Markę kojarzyłem.

Jacek tyle razy opowiadał o szwajcarskich modelach, że nawet ja nauczyłem się je rozpoznawać. Usłyszałem za sobą ruch. Renata podniosła się na łóżku. Rafał!

Odwróciłem się z pudełkiem w rękach. Jej twarz zmieniła się natychmiast. Dziś wiem, że właśnie wtedy powinienem był coś zauważyć. To nie było zaskoczenie kobiety, której mąż za wcześnie znalazł niespodziankę.

Przez sekundę wyglądała raczej tak, jakby zobaczyła coś, czego absolutnie nie powinno tam być. Ale ja zobaczyłem tylko zegarek. Renata, powiedziałem, to dla mnie. Zapadła krótka cisza.

Może sekunda, może dwie. Potem uśmiechnęła się i powiedziała, że tak, to dla mnie. I tyle wystarczyło. Poczułem, jak ściska mnie w gardle.

Ale po co takie drogie? Rafał, mamy rocznicę. Przestań wszystko przeliczać. Powiedziała to łagodnie, bez tego zniecierpliwienia, które słyszałem od niej prawie codziennie.

Wzięła pudełko z moich rąk, wyjęła zegarek i podała mi. Kazała przymierzyć. Założyłem go na lewy nadgarstek. Był ciężki, chłodny.

Bransoleta przesunęła się trochę za daleko. Za luźny trochę, powiedziała i dotknęła palcem zapięcia. Trzeba będzie skrócić bransoletę. Zawiozę go do salonu.

Kiwnąłem głową. Nic w tych słowach nie wydało mi się dziwne. Wręcz przeciwnie. Pomyślałem, że zadbała o wszystko.

Spojrzałem jeszcze raz na zegarek i powiedziałem, że nie wiem, co powiedzieć. Możesz powiedzieć dziękuję. Powiedziałem. Uśmiechnęła się i zrobiła coś, czego nie robiła od dawna.

Podeszła bliżej i pocałowała mnie w policzek. Krótko, zwyczajnie. A jednak dla mnie to było więcej niż cały ten cholernie drogi prezent. Potem kazała mi stanąć przy oknie i zrobiła zdjęcie.

Potem drugie. Patrzyłem na nią i sam nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Przez te kilka minut naprawdę poczułem się ważny. Nie jak człowiek, który ma zrobić zakupy albo nie przeszkadzać Bożenie.

Jak mąż, jak ktoś, o kim żona pomyślała wcześniej. Przypomniałem sobie o perfumach schowanych w szafie. Jej zegarek kosztował pewnie kilka razy więcej niż mój prezent. Pomyślałem jednak, że wieczorem nie będziemy rozmawiać o cenach.

Dam jej perfumy przy kolacji. Może zamówimy wino. Może pierwszy raz od dawna usiądziemy naprzeciwko siebie bez Bożeny, bez Jacka, bez telefonów między talerzami. Jacek wpadł do nas jeszcze przed południem, jak zwykle bez zapowiedzi.

Otworzył lodówkę, zrobił sobie kanapkę. Wtedy spojrzał na moją rękę i zatrzymał się. Zapytał o zegarek. Powiedziałem, że Renata dała mi go na rocznicę.

Jacek podniósł brwi. Renata? A kto? Przez sekundę miał dziwną minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie.

Podszedł bliżej i złapał mnie lekko za nadgarstek. Powiedział, że to dobry model. Za długo oglądał tarczę. Potem poprosił, żebym mu go dał, bo chce zobaczyć, jak wygląda na ręce.

Zdjąłem zegarek i podałem mu. Założył go i zaczął obracać nadgarstek. Powiedział, że u niego lepiej siedzi. Uśmiechnął się i dodał, że nie ukradnie mi prezentu ślubnego.

Potem spojrzał na telefon, poderwał się i powiedział, że musi lecieć. Dopiero kiedy był przy drzwiach, zauważyłem, że zegarek nadal ma na ręce. Jacek, zegarek. Odwrócił się.

Spojrzał na nadgarstek, jakby dopiero teraz sobie przypomniał. Powiedział, że odda za chwilę, że jedzie dosłownie na godzinę i chce zobaczyć, jak się nosi. Nie panikuj, nic mu nie będzie. I zamknął drzwi.

Stałem w korytarzu. Normalnie pewnie bym się zdenerwował, ale po tylu latach z Jackiem człowiek przyzwyczaił się, że on najpierw bierze, a potem pyta. Pomyślałem tylko, że Renata nie będzie zachwycona. Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo.

Telefon zadzwonił może kwadrans później. Renata zapytała, czy wszystko dobrze. Rozmawialiśmy o byle czym. Potem zapytała: masz zegarek?

Nie, Jacek go wziął, żeby przymierzyć. Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem jej głos się zmienił: co? Dlaczego mu go dałeś?

To nie było zwykłe zdenerwowanie. Ona naprawdę się przestraszyła. Powiedziałem, że to tylko Jacek, że nie wyjechał z nim do Hiszpanii. A ona na to, że przecież trzeba skrócić bransoletę, że miała zawieźć go do salonu.

Miało to sens. Tylko jej reakcja nie pasowała do tego wyjaśnienia. Powiedziałem, że zadzwonię do Jacka. Ona odpowiedziała szybko, za szybko: nie, ja zadzwonię.

I się rozłączyła. Wieczorem wróciła później niż zapowiadała. Zegarka nie miała ze sobą. Zapytałem, czy Jacek oddał.

Powiedziała, że tak, ale że zajmie się tym jutro. Przypomniałem jej o rezerwacji w restauracji. Westchnęła i powiedziała, że nie ma siły, że przełożymy to na inny dzień. Bukiet stał w wazonie.

Perfumy nadal leżały na dnie szafy. Nie wyjąłem ich. Następnego ranka Renata zachowywała się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Zapytałem o zegarek.

Powiedziała, że zawiezie go dziś do salonu, żeby skrócić bransoletę. Mówiła spokojnie, tak spokojnie, że prawie poczułem się głupio z tym swoim niepokojem. W południe dostałem od niej wiadomość: zegarek już w salonie. Odpisałem tylko dobrze.

Ale coś we mnie już nie chciało się zamknąć. Nie chodziło o sam zegarek. Chodziło o ton jej głosu, o to, jak szybko powiedziała, że sama zadzwoni do Jacka, o to, że wieczorem nie chciała ze mną jechać na kolację. Wieczorem wróciłem do domu wcześniej niż Renata.

Leżała jej torebka, a obok telefon. Nie ruszałem go. Ale ekran sam się podświetlił. Jedna wiadomość od kogoś zapisanego jako Paweł.

Nie martw się, poczekam. Patrzyłem na ekran może dwie sekundy, zanim zgasł. Paweł. Nie kojarzyłem żadnego Pawła.

Ale przecież to mogło nic nie znaczyć. Renata znała mnóstwo ludzi. Nie martw się, poczekam. Mogło znaczyć wszystko.

Ktoś czekał na dokumenty, na odpowiedź, na spotkanie. Kiedy wyszła z łazienki, jej wzrok od razu poleciał na telefon. Wzięła go do ręki. Nie zapytałem o Pawła.

Ale później zaczęły mi wpadać w oczy rzeczy, których wcześniej nie chciałem widzieć. Siedziała wieczorem na kanapie i uśmiechała się pod nosem do wiadomości. Kiedy wszedłem, od razu wygasiła ekran. Zadzwonił telefon, wstała i wyszła do korytarza.

Kto dzwonił? Z pracy, powiedziała. Ale dlaczego wyszła z pokoju? Następnego dnia sytuacja się powtórzyła.

Telefon, korytarz, krótka rozmowa. Potem zadzwoniłem do Jacka. Zapytałem wprost, czemu Renata tak zareagowała przez ten zegarek. Po drugiej stronie zrobiło się cicho.

Powiedział, że nie wie, o co mi chodzi. Prychnął i powiedział, żebym nie szukał problemu tam, gdzie go nie ma. I się rozłączył. Gdyby naprawdę nic nie wiedział, nie uciekałby od rozmowy.

Minęły dwa dni, a zegarka nadal nie było. Pytanie o niego wywoływało u Renaty irytację. Kiedy chciałem się dowiedzieć, czy jest już gotowy, odpowiedziała tonem, jakbym od pół godziny wiercił jej dziurę w brzuchu. A przecież zapytałem raz.

Tego samego dnia wróciła później niż zwykle. Wchodząc do domu, uśmiechała się do ekranu telefonu. Kiedy ją zagadnąłem, drgnęła. Zobaczyłem na ekranie imię.

Paweł. W tamtej chwili coś we mnie naprawdę drgnęło. Nie miałem dowodu. Miałem tylko niepewność i podejrzenie.

Ale kiedy człowiek raz zacznie się zastanawiać, nagle widzi rzeczy, które wcześniej przepuszczał. Renata brała telefon do łazienki. Kiedy szła wyrzucić śmieci, też miała go w kieszeni. Wieczorem pisała z kimś i miała na twarzy ten lekki uśmiech, którego przy mnie nie widziałem od dawna.

Kiedy wszedłem do pokoju, od razu przełączyła ekran. Zapytałem, co tam. Powiedziała, że nic. Zapytałem, czemu znowu nic.

Spojrzała na mnie ostro i powiedziała, że ostatnio zachowuję się dziwnie. Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. W głowie wracało jedno imię: Paweł. Następnego dnia po pracy pojechałem do Jacka.

Otworzył drzwi w dresie, wyraźnie zdziwiony. Wszedłem i stanąłem w salonie. Zapytałem wprost: Jacek, Renata kogoś ma? Znieruchomiał.

Już samo to wystarczyło, żeby serce zaczęło mi walić. Zaprzeczał, ale odwracał wzrok. W końcu powiedział, że nie chce się w to mieszać. Powiedziałem mu, że już się wmieszał.

Milczał. Potem przeszedł kilka kroków po pokoju, zatrzymał się przy oknie i powiedział: jutro około siedemnastej trzydzieści pojedź na Partynice. Zapytałem po co. Powiedział, że sam zobaczę.

Zapytałem, czy mam rację. Spojrzał na mnie w końcu, bez tej swojej pewności siebie. Powiedział, że nie chce mi tego mówić za nią. Wyszedłem.

W samochodzie siedziałem kilka minut z rękami opartymi o kierownicę. Do tej pory miałem tylko podejrzenia. Teraz po raz pierwszy naprawdę bałem się tego, co zobaczę. Następnego dnia od rana chodziłem jak struty.

W pracy niby robiłem swoje, ale cały czas miałem w głowie jedno zdanie Jacka. Im bliżej było wieczora, tym bardziej miałem ochotę w ogóle tam nie jechać. Człowiek czasem woli mieć podejrzenia niż pewność. Podejrzenie można jeszcze zagłuszyć.

Pewność już niczego nie zostawia. Po pracy pojechałem w stronę Partynic. Jacek podał mi konkretną restaurację przy większym parkingu. Nie stanąłem przed samym wejściem.

Zatrzymałem się na bocznej części parkingu, między innymi samochodami. Widziałem wjazd, fragment chodnika i wejście do restauracji, ale sam nie rzucałem się w oczy. Wyłączyłem silnik i czekałem. Najgorsze było właśnie czekanie.

Patrzyłem na ludzi, którzy przyjeżdżali na kolację. Pary, rodziny, normalne życie. Ja siedziałem w samochodzie jak ktoś, kto śledzi własną żonę. Kilkanaście minut po siedemnastej przyjechał mężczyzna.

Ciemny samochód, nic szczególnego. Wysiadł, rozejrzał się, ale nie wszedł do środka. Mógł mieć trochę ponad pięćdziesiąt lat. Dobrze ubrany, spokojny.

Spojrzał na telefon, potem znowu na parking. Nie wiedziałem, czy to on. Ale po chwili zobaczyłem samochód Renaty. Serce uderzyło mi tak mocno, że poczułem to w gardle.

Wjechała na parking, stanęła bliżej restauracji. Przez moment siedziała w aucie, potem wysiadła. Mężczyzna od razu się wyprostował i ruszył w jej stronę. A ona prosto do niego.

Chyba jeszcze wtedy miałem w sobie idiotyczną nadzieję, że podadzą sobie ręce, że zobaczę zwykłe służbowe spotkanie. Nic takiego się nie wydarzyło. Renata zatrzymała się przed nim bardzo blisko. Ona uśmiechnęła się.

Nie tym uśmiechem, którym wita się klienta. Znałem ten uśmiech. Kiedyś uśmiechała się tak do mnie. Mężczyzna dotknął jej lekko ramienia.

Ona nawet nie drgnęła. Zaczęli iść w stronę restauracji, ale po kilku krokach skręcili wzdłuż chodnika. Szli powoli, rozmawiali. W pewnym momencie on położył dłoń na jej plecach, na wysokości talii.

Nie na sekundę, żeby ją przepuścić. Po prostu tak ją dotknął, swobodnie, jak ktoś, kto robił to już wcześniej. Renata odwróciła głowę w jego stronę, coś powiedziała i wsunęła rękę pod jego ramię. Poczułem, jak robi mi się gorąco.

Siedziałem nieruchomo. Mogłem wysiąść. Mogłem podejść i zapytać: Renata, co ty robisz? Nie zrobiłem nic.

Patrzyłem dalej. Zatrzymali się przy ścieżce. Rozmawiali bardzo blisko siebie. On nachylił się do niej.

Nie pocałowali się. Właściwie nie musieli. To, co widziałem, wystarczyło. I wtedy przypomniało mi się tamto zdanie z telefonu: nie martw się, poczekam.

Ten człowiek czekał na nią dosłownie. Nagle ta wiadomość przestała być niewinnym zdaniem, które można tłumaczyć na dziesięć sposobów. Nie wiedziałem jeszcze, jak się nazywa. Nie wiedziałem, od kiedy to trwa.

Nie wiedziałem, czy zegarek ma z tym cokolwiek wspólnego. Ale wiedziałem już jedno: Renata mnie okłamywała. Patrzyłem jeszcze chwilę. Potem uruchomiłem silnik.

Nie chciałem widzieć więcej. Nie chciałem czekać, aż się pocałują, żeby móc sobie powiedzieć, że dopiero wtedy mam prawo czuć się zdradzony. Wyjechałem z parkingu powoli. W lusterku widziałem przez moment Renatę stojącą obok tamtego mężczyzny.

Potem zniknęli. Nie zadzwoniłem do Jacka. Jechałem do domu przez Wrocław i pierwszy raz od wielu lat nie zastanawiałem się, co Renata powie. Zastanawiałem się tylko, ile razy wcześniej patrzyłem na nią i nie widziałem tego, co miałem dokładnie przed sobą.

W domu było cicho. Wszedłem, rzuciłem klucze na komodę i stałem w przedpokoju. Jeszcze rano ten dom był dla mnie czymś stałym. Może nie ciepłym, ale jednak stałym.

Teraz wszystko wyglądało tak samo. A ja miałem wrażenie, że wróciłem do obcego miejsca. Nie zapalałem dużego światła. Usiadłem w salonie i czekałem.

Nie chciałem dzwonić do nikogo. Chciałem tylko zobaczyć, z jaką twarzą wejdzie do domu. Przyjechała późno. Usłyszałem samochód na podjeździe, potem drzwi, kroki.

Weszła do salonu i zatrzymała się, kiedy mnie zobaczyła. Nie śpisz? Zapytała. Nie.

Zdjęła płaszcz. Coś się stało? Patrzyłem na nią przez chwilę. Jeszcze kilka godzin wcześniej widziałem ją z tamtym mężczyzną.

Widziałem, jak się do niego uśmiechała, jak pozwalała mu się dotykać. A teraz stała przede mną i pytała, czy coś się stało. Byłem dzisiaj na Partynicach. Znieruchomiała.

To trwało sekundę. Potem spróbowała wrócić do normalnego tonu: na Partynicach? Po co? Wiesz po co.

Zmarszczyła brwi. Powiedziała, że naprawdę nie wie, o czym mówię. Poczułem coś dziwnego. Nie złość.

Raczej zmęczenie. Widziałem cię z nim. Jej twarz zrobiła się blada. Odwróciła wzrok.

Z kim? Naprawdę chcesz teraz w to iść? Kim on jest? Renata podeszła do stołu.

Powiedziała, że to znajomy. Zapytałem, jaki znajomy. Powiedziała, że znają się od jakiegoś czasu. Zapytałem, od kiedy.

Westchnęła i powiedziała, że nie będzie ze mną rozmawiać, jeśli będę ją przesłuchiwał. Powiedziałem, że to nie przesłuchanie. Zapytałem, czy moja żona ma kogoś. Renata zamknęła oczy na moment.

Potem powiedziała: Paweł nie ma z tym nic wspólnego. Zamarłem. Paweł. Otworzyła oczy i od razu zobaczyłem, że zrozumiała, co przed chwilą powiedziała.

Spojrzałem na nią i zapytałem, czy ten Paweł to ten sam, który do niej pisze. Zarzuciła, że czytam jej wiadomości. Powiedziałem, że nie musiałem, że telefon leżał na komodzie. Zapytałem, od jak dawna.

Długo milczała. W końcu powiedziała cicho: kilka miesięcy. Poczułem, jak coś we mnie opada. Nie pęka.

Właśnie opada. Jakby przez te kilka słów zniknęło napięcie, które nosiłem od paru dni. Spotykacie się? Zapytałem.

Tak. Jesteście razem? Nie wiem. Zaśmiałem się cicho.

Nie wiesz? To naprawdę nie jest takie proste. Dla mnie zaczyna być. Spojrzała w dół.

I wtedy nagle coś wróciło mi do głowy. Nie Partynice. Nie Paweł. Zegarek.

Jej panika. Jacek. Salon. Bransoleta.

A zegarek? Zapytałem. Podniosła głowę i po jej twarzy od razu zobaczyłem, że właśnie trafiłem tam, gdzie nie chciała, żebym trafił. Co z zegarkiem?

Zapytała. Wiesz, o czym mówię. Ten, który podobno dostałem na rocznicę. Odwróciła wzrok.

Powiedziała, że przecież mówiła, że był za luźny. Zapytałem, czemu wpadła wtedy w taką panikę, kiedy Jacek go zabrał. Powiedziała, że była zdenerwowana, bo to drogi zegarek. Ale ja widziałem coś innego.

Ty nie byłaś zła na Jacka. Ty byłaś przerażona tym, że zegarek jest u niego. Zaprzeczała. Powiedziała, że wymyślam.

A ja patrzyłem na nią i nagle poczułem, że odpowiedź już właściwie znam, tylko nie chcę jej jeszcze wypowiedzieć. Nie był dla mnie, prawda? Renata spuściła oczy. Serce zaczęło mi walić szybciej.

Dla Pawła? Zapytałem. Milczała. Potem podniosła głowę, patrzyła mi prosto w oczy przez kilka sekund i powiedziała bardzo cicho: tak.

Parsknąłem krótkim, pustym śmiechem. Czyli ten zegarek miał być dla niego. Na urodziny. Stałem i patrzyłem na nią.

Nagle wszystko zaczęło do siebie pasować. Kupiła mu zegarek. Przyniosła go do domu, żeby schować. Ja go znalazłem.

Zapytałem, czy jest dla mnie. Ona spanikowała i powiedziała, że tak. Potem chciała go ode mnie zabrać, udając, że trzeba skrócić bransoletę. Pomyślałem o tym, jak kazała mi stanąć przy oknie i zrobiła mi zdjęcie.

Zapytałem ją o to. Po co zrobiłaś mi to zdjęcie? Powiedziała, że nie wie. Że chciała, żeby to wyglądało normalnie.

To zabolało bardziej, niż się spodziewałem. Żeby wyglądało normalnie. Czyli nawet to było na pokaz. A Jacek?

Zapytałem. Renata skinęła głową. Jacek wiedział. Wiedział o Pawle.

I dlatego zabrał zegarek. Nie dlatego, że mu się spodobał. Zabrał go, żeby Renata nie mogła zrobić tego, co planowała. Chciał ją powstrzymać.

Zapytałem, co było potem. Powiedziała, że zadzwoniła do Jacka, spotkali się, oddał jej zegarek. A mnie powiedziała, że jest w salonie. Gdzie jest teraz?

Zapytałem. U mnie. Patrzyłem na nią. Mój prezent, który nigdy nie był mój, schowany przez moją żonę, bo miał trafić do innego faceta.

Przetarłem dłonią twarz. Wiesz, co jest w tym najgorsze? Zapytałem. Spojrzała na mnie.

Przez kilka godzin byłem szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy, jak idiota. Myślałem, że sobie o mnie przypomniałaś. Że po tylu latach pomyślałaś: to jest mój mąż, chcę mu zrobić coś wyjątkowego.

Renata odwróciła wzrok. Powiedziała, że nie chciała. Że spanikowała. Ale kiedy dałaś mi ten zegarek, mogłaś powiedzieć cokolwiek.

Mogłaś wymyślić, że jest dla klienta, dla Jacka, cokolwiek. Bała się, że zacznę pytać. Więc uznałaś, że łatwiej będzie zrobić ze mnie męża roku na kilka godzin? Nie odpowiedziała.

A ja nagle przypomniałem sobie o perfumach. Powiedziałem jej o nich. O tym, że chciałem dać je jej przy kolacji. O stoliku, który zarezerwowałem.

Jej twarz na chwilę zmiękła. Ale ja nie mówiłem tego po to, żeby miała wyrzuty sumienia. Chociaż może powinna. Wstałem.

Przeszedłem kilka kroków po salonie. Gdzie jest teraz ten zegarek? Zapytałem. Mam go.

Dobrze. Zrób z nim, co chcesz. Oddaj, sprzedaj, daj Pawłowi. Naprawdę mnie to już nie obchodzi.

Nie dam mu go. To też mnie nie obchodzi. Renata patrzyła na mnie, jakby pierwszy raz tego wieczoru zaczynała rozumieć, że nie zamierzam o nic walczyć. Ani o zegarek.

Ani o nią. Co teraz? Zapytała cicho. To było chyba pierwsze szczere pytanie, jakie mi tego dnia zadała.

Usiadłem z powrotem. Jutro zacznę szukać mieszkania. Jej twarz się zmieniła. Chcesz się wyprowadzić?

Tak. Nie podejmuj takich decyzji teraz. Właśnie teraz pierwszy raz od dawna podejmuję jakąś decyzję sam. Możemy porozmawiać za kilka dni.

Rozmawiamy teraz. Możemy coś z tym zrobić? Spojrzałem na nią. Z czym?

Nie odpowiedziała. Z Pawłem. Z nami. Zaśmiałem się cicho.

Nieszyderczo. Raczej ze zmęczenia. Renata, ja od lat próbuję coś zrobić z nami. Nie możesz wszystkiego zrzucać na mnie.

Nie zrzucam. Ale ja też zawaliłem. Za długo milczałem. Za długo pozwalałem, żeby każdy w tym domu decydował za mnie.

Ty, Bożena, Jacek. Ja tylko przytakiwałem. Renata spojrzała mi uważnie w oczy. Zapytała, czy odchodzę przez niego.

Nie. Przez nas. Paweł tylko sprawił, że wreszcie przestałem udawać, że jeszcze jakieś my istnieje. To były słowa, których wcześniej nie planowałem.

Ale kiedy je powiedziałem, poczułem ulgę. Poszedłem na górę. Otworzyłem szafę. Na samym dole pod swetrami leżało pudełko z perfumami.

Wyjąłem je. Przez chwilę trzymałem w rękach. Jeszcze kilka dni wcześniej wyobrażałem sobie, jak Renata je otwiera przy kolacji. Teraz nie chciałem jej ich dawać.

Włożyłem pudełko do swojej torby. Nie na złość. Po prostu nie było już dla kogo. Kiedy zszedłem na dół, Renata nadal siedziała przy stole.

Nie powiedziałem nic więcej. Tamtego wieczoru zrozumiałem jedną rzecz. Nie straciłem zegarka. Nigdy nie był mój.

Straciłem tylko złudzenie, że tamtego poranka ktoś naprawdę wybrał mnie. I pierwszy raz od wielu lat nie zamierzałem czekać, aż zrobi to ktoś inny. Tym razem sam wybrałem siebie.