Smród obory uderzył w eleganckie stoły, zanim pierwsza kropla szampana zdążyła spłynąć do kryształowych kieliszków. Kobiety w jedwabiach i biżuterii biegały w panice po trawniku, potykając się na obcasach, a biznesmeni krztusili się ciężkim powietrzem. Ryszard, gospodarz, który jeszcze chwilę temu pękał z dumy, teraz krzyczał z rozpaczą, patrząc, jak jego wymarzona impreza tonie w pięciu tonach krowiego łajna. Po drugiej stronie płotu stał spokojny Szymon, popijając herbatę, podczas gdy traktor zrzucał śmierdzącą górę na jego ziemię.

To była zemsta za tydzień upokorzeń. Siedem dni wcześniej, w cichej dzielnicy Kielc, Szymon, wdowiec po sześćdziesiątce, pielęgnował swój ogród. Jego spokojne życie miało jedną zmorę – szwagra Ryszarda, bogatego i próżnego męża jego siostry Elizy. Ryszard, świeżo awansowany na dyrektora, postanowił zorganizować wystawny bankiet, by zaimponować kolegom.
Jego trawnik był jednak za mały, więc bez pytania wkroczył na dwa metry ziemi Szymona, każąc robotnikom montować namiot. Szymon stanął przed szwagrem i zażądał, by ten zabrał konstrukcję. Ryszard roześmiał się, poprawił drogi zegarek i powiedział: „Co taki stary dziad w łachmanach może mi zrobić? Nie stać cię nawet na prawnika, żeby opłacić ogrzewanie zimą.
” Szymon zacisnął pięści, ale nie odpowiedział. Widział, jak Eliza odwraca wzrok w samochodzie, i przypomniał sobie, jak kiedyś prosiła go, by odpuścił dla dobra rodziny. Szymon wszedł do domu, zdjął buty, zaparzył herbatę i zadzwonił do przyjaciela Tomka, rolnika. Zapytał, czy ma jeszcze świeży nawóz.
Tomek się roześmiał. Szymon zamówił dokładnie pięć ton, z dostawą na sobotę, punktualnie o czwartej po południu, w sam środek bankietu. W sobotę ulica wypełniła się luksusowymi samochodami i gośćmi. Ryszard oprowadzał dyrektora generalnego, wyśmiewając „biedną stronę ulicy”, gdzie siedział Szymon.
Ten spokojnie pił kompot, patrząc na zegarek. O czwartej usłyszał ryk silnika. Czerwony traktor Ursus wjechał na podwórko, a przyczepa przechyliła się, zrzucając całą górę gęstego błota na namiot, gości i wystawne stoły. Panika wybuchła natychmiast.
Kobiety krzyczały, mężczyźni wymiotowali, a dyrektor generalny, otrzepując but, odszedł bez słowa. Ryszard stał oszołomiony, brudny i upokorzony. Szymon, oparty o płot, powiedział głośno: „Moja ziemia potrzebowała nawozu. Przepraszam, że wasz podwieczorek tak się skończył.
”
Ryszard musiał pożyczyć pieniądze, by zapłacić za zniszczony sprzęt, a jego awans został cofnięty. Sąsiedzi unikali go jak trędowatego. Tymczasem ogród Szymona, dzięki naturalnemu nawozowi, wydał obfite plony pomidorów, które były najlepsze w okolicy.