Cyprian Radomirski rzucił na mahoniowy stół dwie grube teczki z projektem ugody rozwodowej. Jego głos był zimniejszy niż śnieżyca, która tego popołudnia uderzała w okna willi w Konstancinie. Za jego plecami trzej chłopcy w wełnianych sweterkach bawili się hałaśliwie, całkowicie obojętni na to, co się działo. Pochyliłam się, by podnieść jedną z teczek.

Gdy moje palce musnęły napis „porozumienie o rozwodzie za zgodą stron