Agata poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod stóp. Stała w kuchni rodzinnego mieszkania, a przed chwilą matka oznajmiła jej, że sprzedaje lokal i wyjeżdża do Paryża, do francuskiego narzeczonego. Agata zacisnęła dłonie, czując, jak gardło jej się ściska. – Ale co ze mną?

Gdzie ja się teraz podzieję? – wykrztusiła. Lidia, poprawiając makijaż przed lustrem, wzruszyła ramionami. – Kochanie, po co ten teatr?
Przecież i tak siedzisz w akademiku. – Tylko teraz. Za parę miesięcy bronię dyplomu i planowałam wrócić do domu. Agata wiedziała, że nie ma sensu płakać.
Matka nie znosiła łez. Jeden szloch oznaczałby koniec rozmowy. Ale tym razem udało jej się powstrzymać. Zamiast tego zaczęła błagać spokojnie, prosić o rok, o odłożenie sprzedaży, o chwilę na znalezienie pracy i ułożenie sobie życia.
– Mamo, leć do Paryża, bądź szczęśliwa, ale wstrzymaj się ze sprzedażą. Wrócę tu po obronie, ogarnę się, błagam. Ku jej zdziwieniu Lidia westchnęła i ustąpiła. Zgodziła się poczekać rok, nie wystawiać mieszkania na sprzedaż, pozwolić córce pomieszkać po studiach.
Agata odetchnęła z ulgą. Wróciła do akademika, dokończyła pracę magisterską i obroniła dyplom z wyróżnieniem na wydziale matematyki. Matka oczywiście nie przyjechała. Wykręciła się ważnym bankietem, z którego nie wypadało jej zrezygnować.
Dwa tygodnie po obronie Agata stanęła pod drzwiami mieszkania, uginając się pod ciężarem wypchanych toreb. Klucz nie chciał wejść w zamek. Uniosła wzrok i zbaraniała. Drzwi były nowe, antywłamaniowe.
Zanim zdążyła cokolwiek zrozumieć, od środka stanęła obca starsza pani z workiem na śmieci. – Piętra się pani nie pomyliły? – zapytała staruszka. – Myśmy to mieszkanie kupili jeszcze w marcu.
A pani pewnie do poprzedniej właścicielki, do tej pani Lidii. O, ciężka to była kobieta, uparta, o każdy grosz się targowała. Agata poczuła, jakby ktoś wylał na nią wiadro lodowatej wody. Matka poczekała, aż córka wyjedzie na sesję egzaminacyjną, po czym po cichu sprzedała mieszkanie.
Umowa, obietnica – wszystko poszło w zapomnienie. Zeszła po schodach jak we śnie, ciągnąc za sobą torby. Zadzwoniła do dawnej koleżanki ze szkoły, Julki, która pozwoliła jej przenocować na kilka dni. Wieczorem, siedząc w kuchni przy herbacie, Agata wykręciła międzynarodowy numer do narzeczonego matki.
Kiedy w słuchawce odezwał się głos Lidii, wykrzyczała wszystko, co miała w sercu. – Jak mogłaś? Obiecałaś mi! Wystawiłaś mnie do wiatru, wróciłam dziś do własnego domu z całym dobytkiem!
Głos matki był spokojny, aksamitny, pełen protekcjonalnej wyższości. – Kochanie, nie unoś się. Gdybym powiedziała ci wprost, byłby płacz i lament. A ja potrzebowałam środków na start.
Za to teraz masz rewelacyjną motywację, żeby wziąć odpowiedzialność za własny los. Głowa do góry. I się rozłączyła. Agata odłożyła słuchawkę.
W tamtej chwili dotarła do niej prawda, która bolała bardziej niż utrata dachu nad głową. Nie miała już matki. Została sierotą, mimo że jej rodzicielka żyła i miała się świetnie. Tej nocy nie mogła spać.
Leżała bezsennie na pożyczonej wersalce, aż w końcu zapadła w płytki sen. Śniła jej się babcia – ta od strony matki, która zmarła sześć lat wcześniej. Babcia smażyła racuchy z jabłkami, głaskała ją po głowie spracowaną, ciepłą dłonią i uśmiechała się tak, jak tylko ona potrafiła. Agata obudziła się zlana potem, a potem doznała olśnienia.
Babcia zostawiła jej w spadku drewnianą chałupę na wsi. Kilka lat temu pojechała tam tylko po to, by skosić chwasty i ogarnąć obejście pamięci staruszki. Dyrektor gminnej szkoły rzucił wtedy mimochodem, że pilnie szukają nauczyciela matematyki. Agata studiowała czystą matematykę, ale dyrektor machał ręką, że wezmą ją z otwartymi ramionami.
Wtedy nie myślała o przeprowadzce. Zakładała, że będzie wpadać tam na weekendy, jak na działkę. A teraz los okazał się przewrotny. Babcia najwyraźniej miała przeczucie.
Pominęła w testamencie rodzoną córkę i przepisała wszystko wnuczce. Gdyby chałupa trafiła w ręce Lidii, dawno poszłaby pod młotek, a wspomnienia rozpłynęłyby się w powietrzu. Rano Julka nerwowo kręciła się po kuchni. – Agata, wiesz jak jest.
Jutro mama z ojczymem wracają z sanatorium. Nie znoszą gości, a on tylko szuka pretekstu do awantury. Gdybym mieszkała na swoim, to inna sprawa, ale…
Agata uśmiechnęła się ciepło i ucięła jej zmartwienia. – Wiem, Julka.
Nie masz mi za złe. Zjem coś i ruszam na dworzec. Wymyśliłam w nocy, co ze sobą zrobię. – Dokąd jedziesz?
– Do babci. – Ale twoja babcia nie żyje. – Dom stoi. Trzy godziny jazdy autobusem i koło południa Agata przekręcała klucz w zamku babcinej chałupy.
W środku uderzył ją zapach starego drewna i kurz pokrywający meble grubą warstwą. Roboty było co niemiara – szorowanie, pranie, drobne naprawy. Dokładnie tyle, by zająć ręce i nie dać się pożreć ponurym myślom. Ledwie zdążyła pootwierać okna, by wywietrzyć izby, a już przez miedzę przyszła pani Maryla, woźna z gminnej szkoły.
– Matko jedyna, Agatko, ty na wakacje czy na stałe się sprowadzasz? – Na razie pomieszkam, pani Marylo, a potem zobaczymy. – To i do naszej szkoły pójdziesz uczyć. Matematyczka poszła na macierzyński, istny dramat z zastępstwem.
– Nie mam przygotowania pedagogicznego. – Nikt nie będzie wybrzydzał. Agata szybko została przyjęta do pracy. Uczyła algebry i geometrii, choć początkowo planowała przepracować tylko dziesięć miesięcy, domknąć rok szkolny, odłożyć trochę pieniędzy i wrócić do miasta, by szukać posady w korporacji.
Minął jednak pierwszy rok, potem drugi, trzeci. Kiedy nadszedł piąty, obudziła się pewnego majowego poranka, spojrzała przez okno na obsypane białym kwieciem jabłonie w sadzie i zrozumiała, że jest u siebie. I że za nic w świecie nie chce stąd wyjeżdżać. W międzyczasie pojawił się Mikołaj.
Ten postawny, zaradny chłopak ze wsi tryskał energią i wiecznym optymizmem. Agata początkowo nie zauważyła, kiedy wszystko tak naturalnie się potoczyło. Zakochała się w jego spokoju, w poczuciu, że zawsze może na nim polegać. On z kolei pokochał jej upór i ciepło.
Ich gospodarstwo rozrastało się z roku na rok. Mikołaj wymienił cały dach, dobudował dwa jasne pokoje, podciągnął wodę ze studni głębinowej i doprowadził do porządku każdy zakamarek obejścia. Agata przestała myśleć o wielkim mieście. Pokochała wiejski rytm, swoją pracę w szkole, a najbardziej – swojego męża.
Miała już córeczkę Marysię, która we wrześniu miała pójść do pierwszej klasy. I właśnie wtedy, niczym upiór z przeszłości, wróciła matka. Pewnego popołudnia Agata usłyszała głośne walenie do wrót. Wyszła sprawdzić, kto hałasuje, i zamarła.
Przed nią stała Lidia. Wyglądała staro, zmęczenie rysowało jej twarz. Zamiast eleganckiego paryskiego szyku miał na sobie tani, sfatygowany płaszcz, a u jej stóp leżała zniszczona walizka. – No cześć.
Ile można na ciebie czekać, Agata? Od pół godziny marznę na tym wietrze – rzuciła z pretensjami. Agata stanęła w przejściu jak mur. – Co ty tu robisz?
– zapytała bez cienia emocji. – Mogę w końcu wejść do własnego domu? – Lidia spróbowała minąć córkę. – Do twojego?
– Agatę zalała fala zimnego gniewu. – To moja własność. Babcia doskonale wiedziała, co robi, kiedy zapisała ten dom mnie. – Przyjechałam odwiedzić rodzoną córkę i poznać wnuczki.
Mam chyba do tego prawo. – A co, skończyła się bajka nad Sekwaną? – Agata mówiła spokojnie, ważąc każde słowo. – Jean cię wyrzucił, a pieniądze ze sprzedaży mieszkania dawno poszły na zbytki.
Masz rację? Nie musisz odpowiadać, widzę to po twojej twarzy. Lidia zacisnęła usta, ale w jej oczach błysnęła panika. – To nie twój zasmarkany interes, smarkulo.
Wpuść mnie, nie mam dokąd pójść. Agata przez długą chwilę patrzyła na tę kobietę, która wydała ją na świat. Nie poczuła ani krzty litości, ani żalu. Pamiętała tamto mieszkanie sprzedane za jej plecami, pamiętała głuchy sygnał w słuchawce, pamiętała wszystko.
– A dlaczego miałabym to zrobić? – powiedziała powoli. – Przecież gdybym wpuściła cię do mojego ciepłego domu, nie miałabyś żadnej motywacji, żeby wziąć się w garść i zacząć samodzielne życie. Wszyscy zaczynają od zera.
Pamiętasz? Mamo, nie miej pretensji. Odwróciła się, podeszła do furtki i zamknęła ją. Zamek zaskoczył z cichym, ostatecznym kliknięciem.
Przeszłość została odcięta. Agata wróciła do domu, gdzie czekał na nią Mikołaj, gdzie w ogrodzie bawiły się dzieci, a w sadzie pachniały jabłonie. Nie oglądała się za siebie.